Gdybym miał napisać recenzję tej płyty całkowicie w ciemno, bez słuchania, to wyglądałaby ona tak: „Kolejna dawka solidnego HC prosto z nowojorskich ulic!” Ale staram się podchodzić do rzeczy profesjonalnie. Płyty „Empire” wysłuchałem zatem nie raz i nie dwa. I wiecie co wam napiszę? To naprawdę kolejna dawka solidnego HC prosto z nowojorskich ulic… Tak. Jeśli szukacie w muzyce oparcia, czegoś stałego, co nigdy was nie zawiedzie, to Madball jest kapelą dla was!Mogę się zgrywać, ale z tym zespołem już tak jest – kochasz go lub nienawidzisz. Ja należę do tej pierwszej grupy. Powiem więcej, z całej nowojorskiej hard core’owej rodzinki, to właśnie Madball są moimi ulubieńcami. Wystarczy popatrzeć sobie na teledyski – czy Freddy Cricien to nie jest najsympatyczniejszy gość jakiego w życiu widzieliście? Miły uśmiech, nienaganne zachowanie, schludne stroje. Gdybym mógł się urodzić po raz drugi, to chciałbym być taki jak Freddy.
Do rzeczy. Przy pierwszym podejściu „Empire” wydać się może nieco… nudne. Ale to pozory, które spowodowane są jedynie tym, że wszystko to już kiedyś słyszeliśmy. Tak jak napisałem. Madball to konserwatyści. Jest tu zatem wszystko to, do czego zdążyli nas przyzwyczaić i nie ma miejsca na niespodzianki. Dajcie jednak szansę tej płycie. Posłuchajcie jej po raz drugi, po raz trzeci. Jeśli lubicie takie granie, to gwarantuje, że są tu rzeczy, które w końcu wam zaskoczą. Weźmy sobie takie „R.A.H.C.”, odłóżmy na bok wszystko inne i wczujmy się… „They say - fuck hard core, is dead! Wel, let me tell You how I feel about it. The best way I know how, I’m gonna scream and shout it! Just so, so You know, your story is full of holes, You miss a real show, You (…)” I tak dalej, I tak dalej… No ok… bez muzyki tego nie poczujecie. Ale fakt pozostaje faktem – Madball mają się dobrze, a co za tym idzie, hard core jest wciąż żywy! Dobrych momentów tu nie brakuje – „Rebel4Life18”, „Invigorate”, „Dark Horse”, „Delete”… chociaż może to bez sensu wskazywać pojedyncze numery. Wszak nie wyskakują one znowu jakoś wysoko ponad poziom całości.
A jak ocenić tę całość? Cóż, zdziwiłbym się gdyby ta płyta była lepsza, niż jest. Freddy i spółka nie schodzą poniżej pewnego poziomu, ale też nie ma co liczyć na to, że nagle zaskoczą czymś nowym, co odmieni oblicze nowojorskiej sceny. Dla mnie jest to sytuacja do przyjęcia. Jedyne, czego może brakować, to tej surowizny, którą mogliśmy znaleźć na ich wczesnych płytach. Ale czy uwstecznianie się na siłę ma jakiś sens? Chyba nie. Zatem… pozostajemy w błogim stanie zawieszenia. Chciałoby się zakrzyknąć… HC for life!
Ocena: 6/10
Próbka:
R.A.H.C. (audio)
A przy okazji fragment tegorocznego koncertu z Łodzi - dźwięk marny, ale klimat jest:
Pride (live)
(Paweł D.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz