niedziela, 28 listopada 2010

Death Angel – Relentless Retribution (2010)

Jedno spojrzenie na okładkę wystarczy – to musi być rasowy trash! Powiecie, że to głupie. Powiecie, że oprawa graficzna jest nieważna. Mili Państwo, ale to jest przecież metal! Okładka jest ważna! A kiedy zobaczyłem tę, która zdobi najnowsze wydawnictwo weteranów z Death Angel, to uśmiech samoistnie pojawił się na mojej facjacie. Wiem, to kicz… ale za to jaki kicz! Jakbym znów był gówniarzem!

Na szczęście nie skończyło się tylko na dbałości o to, żeby zadowolić trashowe oko. Także trashowe ucho powinno być usatysfakcjonowane. Chociaż z klasycznego składu pozostali jedynie wokalista Mark Osegueda i gitarzysta Rob Cavestany (jedyny muzyk, który był obecny we wszystkich wcieleniach grupy), to nie wpłynęło to wcale negatywnie na poziom płyty. Anioł śmierci nie obniża lotów i ma się dobrze! Starsi panowie nie tracą ikry – grają z młodzieńczą energią i dają ostro po garach. Słychać tu wściekłość, furię. Nie ma przeproś. Niech się schowa cała metalowa młodzież (no, może nie cała, ale duża jej część). Death Angel nie bawią się w eksperymenty. Łoją i nie dają słuchaczowi zbyt wielu chwil wytchnienia. A może i szkoda, bo na przykład akustyczna część „Claws in so Deep” (gościnny występ meksykańskiego duetu Rodrigo y Gabriela) jest bardzo przyjemnym urozmaiceniem i wcale nie wydaje się „nieodpowiednia”. W zasadzie dla kogoś, kto nie jest wielkim miłośnikiem trash metalu, album może wydawać się nieco jednolity, za mało uniwersalny, ale… do diaska, Death Angel mają przecież mainstream głęboko w poważaniu. Nie szukajmy zatem problemu tam, gdzie go nie ma. Fana klasycznych kapel z okolic Bay Area płyta „Relentless Retribution” z pewnością nie zanudzi. Mamy tu bowiem zbiór solidnych kompozycji oprawionych ciężkimi riffami, częstymi solówkami i dzikimi krzykami. To niby takie oczywiste, niby takie wyświechtane, a jednak – piękne. Jeśli tylko zespół ma tę autentyczność i magię – według mnie Death Angel spełnia te kryteria. Słychać to w każdej sekundzie trwania „Relentless Retribution” - od pierwszych dźwięków kompozycji tytułowej, po ostatnie nuty kończącego płytę „Where They Lay”.

Ocena: 7/10

Próbka:
Truce - Death Angel (video)

(Paweł D.)

The Pretty Reckless – Light Me Up (2010)

Nad postacią Taylor Momsen już się w audycji rozpływaliśmy. Mała Taylor jest przesiąknięta duchem rocka. Mała Taylor jest niegrzeczna. Mała Taylor chce być porównywana do Debbie Harry, Courtney Love i Cherie Currie. I w gruncie rzeczy mała Taylor nie jest już taka mała – ma całe siedemnaście lat! A za sobą już sukcesy aktorskie i spore doświadczenie na wybiegach. Teraz natomiast, wraz z zespołem The Pretty Reckless, chce podbić świat muzyki. Ma szansę. Bo do tego wszystkiego trzeba dodać fakt, że mała Taylor ma fajną barwę głosu. No i, byłbym zapomniał, mała Talor jest też ładna. Przyznajcie sami – ten, kto jej nie lubi, z pewnością nie jest osobnikiem płci męskiej.

Czas jednak odstawić na bok sympatię i zdobyć się na odrobinę obiektywizmu. Materiał zawarty na „Light Me Up” - debiucie The Pretty Reckless – raczej nie wprawi nikogo w osłupienie. To nic szczególnie ambitnego, a z pewnością nic nowatorskiego. Trochę post grunge’u, trochę hard rocka. Sporo radiowych refrenów. Mam jednak złą wiadomość dla tych wszystkich (dziewcząt), które źle życzą Taylor Momsen. A mianowicie „Light Me Up”, chociaż złożony z samych oczywistości, to i tak zasługuje na miano albumu, po który warto sięgnąć.

Po pierwsze to, o czym już wspominałem. Głos naszej blondyneczki wypada w większości kompozycji bardzo przekonywująco. Czy słysząc zwrotki „Make Me Wanna Die” uwierzylibyście, że ta dziewuszka jeszcze nie może kupić legalnie piwa? Oczywiście, są momenty, w których Taylor brzmi trochę jak koleżanka z klasy Avril Lavigne (np. w numerze „Light Me Up”), ale generalnie jest dobrze.

Druga ważna sprawa dotyczy już samej konstrukcji albumu. Materiał jest zatem dobrany tak, aby słuchacz nie odczuwał nudy. Jest różnorodnie, ale też spójnie. Czasem bywa komercyjnie („Light Me Up”, „Just Tonight”), a czasem naprawdę rock’n’rollowo i buntowniczo („Going Down”, „Make Me Wanna Die”, „Factory Girl”). Kompozycje może nie są wybitne, ale trzymają poziom. Ja oczywiście wolę te mniej wygładzone rzeczy, jak chociażby otwierające płytę „My Medicine” i „Since You’re Gone” czy wspomniane już „Going Down” i „Make Me Wanna Die”. Z lżejszych rzeczy fajnie wypada ballada „Nothing Left To Lose”.

Ostatnim i jak dla mnie bardzo dużym plusem tego albumu są teksty. Nie. Nie jest to poezja. To rzeczy proste. Czasem nawet banalne. Ale… w dużym stopniu bezczelne, do pewnego stopnia nieprzyzwoite, niepoprawne i w ogóle nie takie, jakie przystoją nastolatce. Chyba że nastolatka jest… rock’n’rollowym zwierzakiem. No… i w ten sposób znów wracamy do estetyki i otoczki, czyli rzeczy, które w tym przypadku są bardzo ważne.

Powiem wprost, niektórzy wróżą, że Taylor szybko znudzi się rockowymi brzmieniami i będzie szanującą się gwiazdą pop. Oby nie! Oczywiście, chcę żeby dziewczyna kosiła kasę i niech żyje jej się jak najlepiej. Po prostu – rock potrzebuje takich dziewcząt! Rock potrzebuje Taylor Momsen! Bo młodzi rockmani też powinni mieć do kogo wzdychać, czyż nie?

Ocena: 6/10

Próbka:
Make Me Wanna Die (video)

(Paweł D.)

sobota, 27 listopada 2010

Audycja z 23.11.2010. Temat: Josh Homme, (życie i) twórczość cz.1


Tytuł mówi chyba wszystko - bierzemy na warsztat twórczość Josha Homme'a. Facet robił (i robi) tyle, że nawet dwie audycje to będzie mało. Elementu biograficznego będzie zatem niewiele, ale i od strony muzycznej możecie spodziewać się wszystkiego, co najlepsze.

Zapraszamy do słuchania:
Audycja z 23.11.2010 r.

Lista utworów:
1. New Fang - Them Crooked Vultures
2. Love Has Passed Me By - Kyuss
3. Supa Scoopa & The Mighty Scoop - Kyuss
4. Catamaran - Kyuss
5. Dying Days - Screaming Trees
6. Godzilla - Fu Manchu (feat. Josh Homme)
7. Miss Alissa - Eagles Of Death Metal
8. A Girl Like Me - Dessert Sessions
9. Burn The Witch - Queens Of The Stone Age

I coś do oglądania:
Green Machine - Kyuss (video)
Demon Cleaner - Kyuss (video)
Crawl Home - Desert Sessions (video)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Kings Of Leon – Come Around Sundown (2010)

Jedno muszę przyznać Kings Of Leon - to zespół, który nie przestaje mnie zaskakiwać. Pamiętam, kiedy z chłopaków, którym słoma z butów wystawała, zamienili się w rockowych buntowników. Później z zarośniętych, niedbających o siebie rockmanów przeistoczyli się w ulubieńców nastolatek. Nagle jakby wyładnieli i złagodnieli. A teraz… niby nic się nie zmieniło, ale jednak… jest inaczej.

Cóż, Kings Of Leon tym razem startują z zupełnie innego pułapu. Album „Only By The Night”, a przede wszystkim singiel „Sex on Fire”, uczyniły z czterech chłopaków z Tennessee gwiazdy dużego formatu. W związku z tym na „Come Around Sundown” czekało wiele osób. Taka presja może być motywująca, ale może również okazać się deprymująca. Do tego bracia Followill nie słyną z silnych charakterów, a nawet uchodzą za sztandarowy przykład tego, jak sława może uderzyć do głowy. Mogło być zatem różnie. Na szczęście jest dobrze. „Come Around Sundown” nie wydaje się bowiem albumem zrobionym na siłę, na którym wszystko skupione jest wokół poszukiwań następcy „Sex on Fire”, ale nie możemy też mówić o jakiejś volcie w zupełnie nowym kierunku. Muzycznie Kings Of Leon są tu raczej konsekwentni i dalej badają terytoria, których eksploracja zaczęła się na „Only By The Night”. Czyli, jak można się było spodziewać, nie jest tak hałaśliwie, jak w początkach kariery Followillów. Mniej surowości, za cenę ciekawszych aranżacji i większej przystępności. Efekt? Tym, którym przypadło do gustu „Only By The Night”, także „Come Around Sundown” powinno się spodobać. Chociaż, te płyty są dal mnie trochę jak dwie strony tej samej monety. Podobne, a jednak skrajnie odmienne. Paradoks? W pewnym sensie tak. Otóż z „Only By The Night” wiało chłodem. Od pierwszych dźwięków „Closer” mieliśmy do czynienia z czymś zimnym, może nawet nieco mrocznym. O ile tamta płyta mogła być ścieżką dźwiękową grudniowych, bądź styczniowych nocy, o tyle „Come Around Sundown” to płyta, która w jesienne wieczory będzie dla was powiewem letnich dni. Tak. Ta płyta ma zupełnie odmienny klimat! Spójrzcie na tę okładkę. Już dawno nie spotkałem się z wydawnictwem, którego tytuł i oprawa graficzna tak idealnie współgrałyby z zawartością muzyczną!

Epitetem, który w najlepszym stopniu oddaje charakter albumu „Come Around Sundown”, jest słowo: ciepły. Jaki jeszcze? Z pewnością nieco sentymentalny. Jak sami wskazują w tytule jednej z piosenek – wracają na południe. I to słychać niemal we wszystkich utworach z tej płyty. Są nawiązania do southern rocka, są i do country. W „Back Down South” usłyszymy skrzypce, jakby rodem z jakiegoś westernu wyciągnięte, w „Mary” gitara zejdzie w rejony bluesowe, a wplecione gdzie nie gdzie instrumenty klawiszowe są tak wykorzystane, aby dodatkowo dodać tej muzyce słońca. No i teksty… If you give up New York, I’ll give you Tennessee, the only place to be (“The Face”); Just drink the water where you came from, where you came from (“Radioactive”). Hmm… może ja przesadzam lub dopuszczam się nadinterpretacji, ale coś mi się zdaje, że Kings Of Leon trochę się zmęczyli tym szalonym życiem gwiazd i zatęsknili za czasami, kiedy byli tylko prostymi synami pastora. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że wiąże się to z dostarczeniem do rąk słuchaczy naprawdę fajnego albumu. Czy są tu potencjalne przeboje? Cóż… nie wiem. Nie uważam Kings Of Leon za wybitnych kompozytorów, ale „Come Around Sundown” bez wątpienia zawiera sporo przyjemnych utworów, że wspomnę tylko „Pony Up”, „Pickup Truck” czy „The Immortals”. Chociaż… czy akurat te pozycje są najlepsze? No zabijcie mnie! Nie umiem tego ocenić! Jedno wiem – to materiał spójny, którego najlepiej słucha się jednak w całości. Bo nie o fajerwerki tu chodzi, ale o (powtórzę to raz jeszcze) klimat.

Ocena: 7/10

Próbka:
Radioactive (video)

(Paweł D.)

niedziela, 21 listopada 2010

Audycja z 16.11.2010. Temat: Pudle metalu, czyli lata 80. raz jeszcze!


Czas na coś retro! Wracamy do lat 80, kiedy to rządziły obcisłe ciuszki, natapirowane włosy i makijaże. Będzie ostro, ale przebojowo. Będzie kiczowato, ale zabawnie. Sprawdźcie zresztą sami:

Audycja 16.11.2010 r.

Lista utworów:
1. Looks That Kill – Motley Crue

2. Why Can’t This be Love – Van Halen

3. Here I Go Again – Whitesnake

4. Rag Doll – Aerosmith

5. Let It Rock – Bon Jovi

6. Manimal – W.A.S.P.

7. Community Property - Steel Panther

8. Eyes of a Panther - Steel Panther


I coś na zachętę. Uwaga! Szowinizm w czystej formie;)
Comunity Property - Steel Panther (video)

sobota, 20 listopada 2010

Skunk Anansie - Wonderlustre (2010)

Jak można było nie czekać na tę płytę? Skin to posiadaczka jednego z najciekawszych żeńskich głosów w muzyce rockowej. Mało tego. Skin to posiadaczka charyzmy na miarę największych postaci całej współczesnej sceny muzycznej bez podziału na klasy. To osobowość. Nie zapominajmy jednak o chłopakach. Cass, Ace i Mark może i stoją w cieniu swojej wielkiej liderki, ale pamiętajmy, że bez nich Skin nie odnosiła już takich sukcesów. Tak, Skunk Anansie to nie tylko ta „Łysa” – to zespół. Co ważne, to cholernie dobry zespół. To być może jeden z najważniejszych składów drugiej połowy lat 90. Wydali wtedy trzy świetne płyty, z których nie jestem nawet w stanie wskazać tej najlepszej. A później, około roku 2001, rozpadli się…

Po ośmiu latach wrócili. Standardowo. Wydali składaka i ruszyli na koncerty. Na szczęście szybko weszli też do studia, aby popracować nad czymś nowym. Efekt ich pracy możemy już podziwiać. Czy „Wonderlustre” jest płytą na miarę strych dokonań Skunk Anansie? Z odpowiedzią na to pytanie zmagam się od czasu pierwszego przesłuchania tego albumu (czyli już od paru ładnych tygodni). I tak, i nie.

Muzycy wydają się być w formie, Skin też nie zawodzi. Album jest dobry – nie mam co do tego wątpliwości. Smakowity okazał się już pierwszy singiel. Zresztą „My Ugly Boy” spodobał się nie tylko mi. Wzbudził duże zainteresowanie najróżniejszych rozgłośni radiowych, a przede wszystkim wywołał pozytywne reakcje zarówno „starych” fanów, jak i ludzi, którzy wcześniej nie mieli z zespołem do czynienia. Co ważne „My Ugly Boy” nie okazał się czczą zapowiedzią. Na nowej płycie Skunk Anansie znajdziecie sporo dobrych numerów. Mnie najbardziej przypadł do gustu utwór „Over The Love”. Niektórym może się on wydać nieco banalny, ale… cholera! No posłuchajcie sami – przecież to po prostu świetna rzecz! Nie zdziwię się jednak, jeśli każdy z was będzie miał swoje typy. Od strony kompozycyjnej „Wonderlustre” prezentuje bowiem dosyć równy i dobry poziom. Czemu zatem nie pieję z zachwytu? Czemu nie padam na kolana? Czemu uważam, że „Wonderlustre”, chociaż jest dobre, to jednak nieznacznie ustępuję wszystkim poprzednim płytom Skunk Anansie?

Przyczyna jest niezbyt wyszukana, a niektórym może wydać się nawet nieco głupia. Otóż, jak dla mnie za mało jest tu ciężaru i szaleństwa. Hola, hola! – zakrzykniecie. Przecież Skin to specjalistka od piosenek miłosnych. Tego od niej oczekujemy. Ok. Zgadzam się. „Wonderlustre” udowadnia, że Skin też myśli w ten sposób. Hm… ale czy pamiętacie takie numery jak „Little Baby Swastikka” lub „Selling Jesus”? Czy w końcu pamiętacie tę masywną psychodelę z „Charlie Big Potato”? Skin może i jest specjalistką od ballad, ale kiedy zaczyna ostrą jazdę, nie jest w tym ani odrobinę gorsza, a ja osobiście taką ją lubię najbardziej. Na nowej płycie gitar nie brakuje, jest rockowo, ale ogólnie jednak trochę łagodniej. Na całe szczęście znalazło się tu miejsce dla takiego numeru, jak „It Doesn’t Matter”. Fajna, punkowa energia – już widzę, jak grają to na koncertach! No właśnie, chciałbym więcej! Więcej czadu! Więcej mięsa! Jeśli komuś na tym nie zależy, może spokojnie podwyższyć sobie ocenę o jedno oczko.

Ocena: 7/10

Próbka:
Over The Love (video)

(Paweł D.)

środa, 17 listopada 2010

Trent Reznor & Atticus Ross - The Social Network (OST)

Trent Reznor i Atticus Ross muszą być naprawdę dobrymi kumplami. Po współpracy przy projekcie How To Destroy Angels przyszedł czas na coś nowego – ścieżkę dźwiękową do kolejnego filmu Davida Finchera (tak, to ten od „Podziemnego kręgu”). Chociaż oczywiście dla obydwu panów tego typu projekty nie są znowu taką nowością. Reznor pracował już nad muzyką do „Lost Highway” Lyncha, a Ross m.in. do „The Book of Eli” braci Hughes. Jednak „The Social Network” to rzecz jakby uszyta na miarę specjalnie dla tych dwóch muzycznych osobowości. Film, jak pewnie większość z was wie, to nieautoryzowana historia początków Facebooka. Temat bardziej fascynujący niż mogłoby się z pozoru wydawać. Zresztą – Fincher nie wziąłby się za jakąś chałturę. Historia o przyjaźni, zdradzie, ale przede wszystkim o tym, że przyszłość już nas dopadła, choć większość z nas nie zdaje sobie z tego sprawy. Hm… czy Reznor nie przewidział tego już ponad 20 lat temu? Kto ma zatem prawo muzycznie wypowiadać się w takich tematach, jeśli nie on?

Powiem wprost – bez udziału Rossa i Reznora film sporo by stracił. Panowie pokazali co potrafią. Zawartość tego albumu nie powinna nikogo zaskoczyć, a przynajmniej nikogo, kto z dorobkiem Trenta Reznora (bo to w końcu on jest tym bardziej rozpoznawalnym z duetu) nie jest na bakier. Nie jest to też jednak powtórka z Nine Inch Nails. Przede wszystkim to wyłącznie muzyka instrumentalna. Królują mroczne klimaty. Ambient, czy jak wolą niektórzy „dark ambient”. Część z was od razu stwierdzi – nudy. Przyznam, kiedy sam sięgałem po raz pierwszy po tę płytę, też miałem pewne obawy. W pamięci miałem „Ghost I-IV” z 2008 roku, czyli płytę, która zbierała pozytywne opinie, a mnie wprowadzała jednak w świat piaskowego dziadka. Ścieżka dźwiękowa do „The Social Network” jest inna – bardziej dynamiczna, różnorodna, plastyczna. Nie wiem czy lepsza – inna. Mamy mocny taneczny bit w „In Motion”, podróż do lat 80. w „Intriguing Possibilities”, a nawet podróż w świat klasyki – bo Reznor i Ross postanowili dokonać gwałtu na Griegu biorąc na warsztat „W grocie Króla gór”. Według mnie wyszło fajnie i bez nadęcia. To zresztą odnosi się do całości tego materiału. Muszę przyznać, że płyta z każdym przesłuchaniem wciąga mnie coraz bardziej i coś czuję, że długo się z nią nie rozstanę. Zwłaszcza, że jesienna aura sprzyja takim klimatom.

Ocena: 8/10

Próbka:
On We March (audio)

The Social Network (trailer)

(Paweł D.)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Zakk Wylde jakiego nie znacie

Dziś chciałbym zaproponować wszystkim obejrzenie najnowszego klipu Black Label Society. Taki pstryczek w nos dla wszystkich tych dla których Mr. Zakk Wylde to tylko zapijaczony, gniewny rockers. Kupa dobrej zabawy. Zapraszam do obejrzenia.

sobota, 13 listopada 2010

Audycja z 09.11.2010. Temat: Alter Bridge i Monster Magnet

W tym tygodniu "AB III" i "Mastermind" czyli najnowsze wydawnictwa Alter Bridge i Monster Magnet.

Zapraszamy!
Audycja z 09.11.2010 r.

Spis utworów:
1. Overcome - Creed
2. The Architect - Shrinebuilder
3. Sleep to the Void - Alter Bridge
4. Make it Right - Alter Bridge
5. Still Remains - Alter Bridge
6. 100 Million Miles - Monster Magnet
7. Halucinating Bomb - Monster Magnet
8. The Titan Who Cried Like a Baby - Monster Magnet

I nowiutkie obrazki:
Gods and Punks - Monster Magnet (video)
Za kulisami nowej trasy Alter Bridge + Isolation (video)

niedziela, 7 listopada 2010

Audycja z 2.11.2010. Temat: zapomniane perły rocka


Tym razem w Domu Wariatów zamykamy się z ikonami rocka i ich nieco zapomnianymi albumami. Oczyśćcie się z grzechu - włączcie Dom Wariatów :)

Audycja z 2.11.2010

1. Believe In Me - Duff McKagan
2. The Majority - Duff McKagan
3. Shake Your Blood - Probot
4. Red War - Probot
5. Leave Me Alone - Two
6. Water's Leaking - Two
7. Moonchild - Chris Cornell
8. Wave Goodbye - Chris Cornell
9. Meat - Iommi

Teledyski, których nie można nie zobaczyć:
Probot - Shake Your Blood
Two - I Am A Pig