piątek, 31 grudnia 2010


Ostatnią audycję w tym roku poświęcamy muzykom, którzy opuścili nas i to niestety w tragicznych okolicznościach. Wspominamy, doceniamy i chwalimy. Świat rocka nigdy juz nie będzie taki sam.

Audycja z 28.12.2010 - do pobrania

1. Love You To Death – Type O Negative
2. I Don’t Wanna Be Me – Type O Negative
3. Sex & Violence – Carnivore
4. Vendetta – Slipknot
5. Left Behind – Slipknot
6. Circle – Slipknot
7. Kill The King – Rainbow
8. Rock N Roll Children – Dio
9. Time Machine – Heaven & Hell

Wideo:
Dio - Rock N Roll Children
Slipknot - Left Behind
Type O Negative - My Girfriend's Girlfriend

czwartek, 30 grudnia 2010

Mando Diao – Above and Beyond [MTV Unplugged] (2010)

Jak każdy szanujący się grunge’owiec, mam słabość do koncertów z serii MTV Unplugged. Czasy flanelowych koszul dawno już jednak minęły, a i sławetna seria (niegdyś) najważniejszej telewizji muzycznej świata nieco podupadła. Od czasu do czasu zdarza się jednak, że jakiś zespół zechce zaprezentować się bez prądu. Ostatnio moda ta zapanowała chociażby wśród polskich dinozaurów. A może to ogólnoeuropejska tendencja? Dziś na przykład kilka słów o Szwedach.

Tym razem na odłączenie się od potężnych wzmacniaczy pozwolili sobie rockmani z Mando Diao. Jak wypadli? Dobrze… może nawet bardzo dobrze? Wydaje mi się, że występy na żywo są ich żywiołem. Ujmę to tak – niemal wszystkie albumy studyjne Mando Diao opuszczały mój odtwarzacz po zaledwie kilku przesłuchaniach. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem występ Szwedów na tegorocznym Open’erze. Mimo słońca i niezbyt żywiołowo reagującej publiczności chłopaki dali z siebie wszystko i z pewnością zasłużyli na mój szacunek i słowa uznania. MTV Unplugged tylko potwierdziło moje podejrzenia – Mando Diao to zwierzęta koncertowe! Nic nie robią sobie z tego, że ktoś im prąd odłączył. Kiedy chcą brzmieć zadziornie i dać czadu, to po prostu to robią. Tak, jak w otwierającym płytę „Long Before Rock’N’Roll”. Budują napięcie, grają gęsto, krzyczą, bawią się. Tak! Bawią się muzyką! I to naprawdę mi się podoba. „Dance with Somebody”, hit z ich ostatniej płyty, wypada chyba lepiej w wersji akustycznej niż elektrycznej. To samo tyczy się również innego utworu z płyty „Give Me Fire”, czyli kawałka „Gloria”, którego oryginalna wersja zwyczajnie mnie odpychała. W nowej odsłonie utwór wypada znacznie korzystniej… chociaż w sumie i tak ginie w natłoku dobrych kompozycji. No właśnie… dopiero teraz dotarło do mnie, że Mando Diao dysponują tak bogatym arsenałem dobrych piosenek (posłuchajcie chociażby kawałka „Mr.Moon”!). Od tej chwili będę musiał chyba przysłuchiwać się ich wydawnictwom nieco uważniej!

Przejdźmy jednak do jeszcze jednego ważnego aspektu niemal każdego koncertu z serii MTV Unplugged. Do gości! Trzeba przyznać, że do sprawy podeszli standardowo. Jedna dziewczyna i jedna legenda. Płeć piękną reprezentuje tu wspaniała Juliette Lewis. Ta pani to klasa sama w sobie, więc chyba nikt nie ma wątpliwości, że „High Heels” z jej udziałem wypadło znakomicie. Druga z zaproszonych osób to Ray Davies z The Kinks, który wspomógł zespół w utworze „Victoria” z repertuary grupy… The Kinks. I znów wyszło żywo, rockowo – tak, jak być powinno.

Czy czuję się zaskoczony? Tak. Nie podejrzewałem, że tyle energii drzemie w tych facetach. „Above and Beyond [MTV Unplugged]” pozwoliło mi spojrzeć na ten zespół z zupełnie innej perspektywy. Postanowiłem nawet, że gorliwie i z cierpliwością przebrnę ponownie przez całą dyskografię Szwedów. No, to chyba wystarczająca rekomendacja, prawda?

Ocena: 7/10

Próbka:
Down In The Past (video)

(Paweł D.)

The Greenhornes - "****"

Kto ma już trochę dosyć Jacka White’a, ręka do góry! Moja własna powolutku zaczyna wędrować ku niebiosom. Oszalałem? Nie. Przyznaję, facet jest rewelacyjnym gitarzystą, świetnym kompozytorem… itp… itd.. No, ale bądźmy szczerzy – wszędobylskość bywa irytująca. Tym bardziej cieszy mnie to, że jego koledzy z The Raconteurs nie trzymają się kurczowo sławnego nazwiska i jeszcze pamiętają o The Greenhornes. Bo jeśli ktoś nie wie, to 1/2 pierwszego ze wspomnianych zespołów stanowi 2/3 składu drugiego z nich. Tym, który w The Greenhornes gra jednak pierwsze skrzypce (czyli dosłownie rzecz ujmując – śpiewa i gra na gitarze) jest Craig Fox. Gość może nie jest „Białym Jackiem”, ale talentu też mu odmówić nie można. Za dowód niech posłuży płyta, o dosyć oryginalnej nazwie „****” (zapisywanej czasem jako „Four Stars”).

Zastanawiam się, co by to było, gdyby ta płyta ukazała się jakieś 45 lat temu. Czy The Greenhornes byliby wtedy tak wielcy jak The Beatles? Oj, popuszczam chyba wodze wyobraźni. Bez przesady – nie są aż tak dobrzy! Po prostu trudno jakoś porównywać mi ich twórczość z tym wszystkim, co obecnie dzieje się w świecie rocka. Są po prostu „retro”. Chwilami faktycznie mogą kojarzyć się z czwórką z Liverpoolu („Saying Goodbye”, „Get Me Out Of Here”). Częściej jednak sięgają w rejony bardziej zorientowane na bluesa. Weźmy takie „Cave Drawings” czy „Underestimator” – nie czujecie tu wpływów Cream? A „Go Tell Henry”? Jack Bruce jak się patrzy! Wsłuchujmy się dalej. Myślę, że da się tu odnaleźć jeszcze z tuzin innych skojarzeń. Poczynając od The Yardbirds i The Animals, przez wczesne Jethro Tull, a na Black Sabbath kończąc. Nie znaczy to, że „****” brzmi jak zlepek cudzych pomysłów. Członkowie The Greenhornes nasłuchali się po prostu w młodości dobrej muzy, wsiąkło to w nich… a teraz to wychodzi. Ale co się czepiać, jeśli przeważnie brzmi to wybornie?

Nie zdziwię się jednak, jeśli „****” dużej części z was nie przypadnie do gustu. Wszystko tu jest tak niedzisiejsze, że momentami aż dziwne. Ci, którzy w swoich podróżach muzycznych nie przekopali się głębiej niż do lat 70. w ogóle nie zrozumieją tego albumu. Nie śmiejcie się. Mamy rok 2010 (a za chwilę już 2011). Ludzie urodzeni w początkach lat dziewięćdziesiątych są już pełnoletni. A rocka słuchają przecież i ludzie jeszcze młodsi. Czy muszą pamiętać, kim byli tacy The Yardbirds? Sam nie wiem. Grunt, że znajdzie się sporo osób, które jednak pamiętają – i The Greenhornes tworzą muzykę właśnie dla nich.

Ocena:7/10

Próbka:
Underestimator (audio)

(Pawel D.)

środa, 29 grudnia 2010

Stone Sour - bez litości, bez honoru

To dla tych wszystkich, którzy nie zrozumieli naszego wyboru "najgorszej płyty 2010 roku". Klip i piosenka Hesitate rozwiewają chyba wszelkie wątpliwości. Przy tym numerze po prostu pęka serce.

Najnowszy single Stone Sour.


niedziela, 26 grudnia 2010

The Smashing Pumpkins - Teargarden by Kaleidyscope, Vol. 2: The Solstice Bare (2010)

Magia. To słowo najlepiej charakteryzuje dokonania Billy’ego Corgana. Zaznaczmy jednak – chodzi tu o twórczość Łysego sprzed ponad dekady. W nowym tysiącleciu gdzieś się ta niezwykła aura rozproszyła. Coś się popsuło i ambitny Billy, chociaż bardzo się stara, to nie potrafi pozbierać tych bajkowych nici i utkać z nich muzyki ujmującej i poruszającej. Nie ma zresztą sensu bawić się w przenośnie, bo facet nie jest nawet w stanie zebrać na dłużej jednej grupy muzyków i uczynić z nich zespołu. Dziś The Smashing Pumkins to zbiór, w którym jest tylko jeden element. To jakieś nie do końca spełnione marzenie Corgana. To ściema. I w muzyce ten brak autentyzmu jest niestety słyszalny. Chociaż… jeszcze kilka miesięcy temu byłem w stanie uwierzyć, że gdzieś na końcu tunelu widać światło. Chodzi o pierwszą część „Teargarden by Kaleidoscope”, a dokładniej o najważniejszy utwór tego mini-albumu, czyli „A Song for a Sailor”. Podszyty wspomnieniem Led Zeppelin, uduchowiony, niemal natchniony. Nie wybitny, ale z pewnością bardzo dobry. To być może najbardziej epicka rzecz, jaką udało się stworzyć Billy’emu od paru ładnych lat. I pomyślałem wtedy, że może się chłopak przełamał – może znów zacznie nas zachwycać. Tak więc czekałem… Corgan pozwalał na odsłuchiwanie swoich kolejnych utworów, ale… byłem cierpliwy. Czekałem, aż „Teargarden by Kaleidoscope, Vol.2: The Solstice Bare” będzie kompletne. I jest. Okazało się jednak, że padłem ofiarą samonakręcającej się spirali swojej własnej niecierpliwości. Bo, piszę to ze smutkiem, nie było na co czekać.

Zaczyna się może i intrygująco. Elektronika wciśnięta do „The Fellowship” jest, jak na Corgana, zabiegiem dosyć oryginalnym. Co z tego? To tylko nic nieznaczący smaczek. Rdzeń utworu jest bowiem chybotliwy, nieostry – pioseneczka, ot i tyle. W zasadzie to samo tyczy się „Freak U.S.A.”, które przywodzi mi na myśl to, co Billy robił wraz z zespołem Zwan. Takie pozytywne wibracje, ale bez większej mocy. Idziemy dalej. „Tom Tom”? W zasadzie… znów to samo. Utwór, jak ich wiele. Refren na poziome średniej amerykańskiego rocka alternatywnego. Czyli – poniżej oczekiwań. Z całego zestawu najlepiej wypada zamykający tę EP-kę „Spangled”. Zwrotka trochę w stylu The Beatles, a refren… trochę w stylu starego dobrego The Smashing Pumpkins. Całkiem przyjemne dwie i pół minuty. Urocze to i miłosne, ale czy może zaspokoić kogoś, kto wychował się na „Siamese Dream”? Nie. To jednak za mało.

Tak więc rozmyślam sobie o przeszłości i przyszłości, i powtarzam w myślach – nie czekaj już, nie czekaj… a że serce wciąż naiwnie czeka? Cóż poradzić… to ta magia.

Ocena: 4/10

Próbka:
Spangled (live)

(Paweł D.)

Hinder – All American Nightmare (2010)

Amerykański koszmar? No, jedno trzeba im przyznać – umieją trafnie zanalizować to, z czym wychodzą do ludzi. Hinder są bowiem kwintesencją tego, co w amerykańskim roku najgorsze. Ich twórczość jest pretensjonalna, przewidywalna i nie ma w niej miejsca na jakiekolwiek ambicje artystyczne. Chłopaki z Oklahomy mają jednak inne ambicje. Chcą być popularni. To nic złego. Pragną, aby ich płyty sprzedawały się w dużych nakładach, a na koncertach mają pojawiać się stada nieletnich fanek. Pisałem już, że są pretensjonalni?

Tak. To komercja. Można to ująć nawet nieco bardziej pejoratywnie – to komercha. W zasadzie gorsze może być już tylko jedno – komercha robiona nieumiejętnie. O to jednak Hindera posądzić nie mogę. Jak na realia współczesnego kiczowatego hard rocka, to ze zmysłem piosenkowym jest u nich całkiem nieźle. Widać, że odrobili lekcję z Aerosmith (w ich najbardziej przystępnym wydaniu). Z pewnością lubili także całe kalifornijskie granie z lat 80. Z bardziej współczesnych rzeczy słychać wpływy post grunge’u – głównie tego spod znaku Nickleback. No i poziom też mniej więcej ten sam co u Kanadyjczyków. Bo kawałków, które mogą poszaleć sobie na amerykańskich listach przebojów, jest tu co najmniej kilka. Trochę się tego wstydzę, ale refren z „Everybody’s Wrong” nawet mi przykleił się na chwilę do zwojów mózgowych. Takie to rzewne, takie to ckliwe, ale też melodyjne i łatwe do zapamiętania. „Red Tail Lights” to kolejna piosenka typu „radio friendly”. Niby znowu badziew ze sztampowym refrenem, ale… ta gitarka w zwrotkach jednak przykuwa ucho. Hinder ma także bardziej drapieżne oblicze. Takie „Wakin’ Up The Devil” może kojarzyć się z Hellyeah, a w solówkach jest tu nawet coś z Avenged Sevenfold. Duch tych ostatnich wraca zresztą w utworze „Striptease”. Dużo tu klasycznego hard rocka. Całkiem rasowo pod tym względem wypada początek płyty - najpierw „2 Sides of Me”, a chwilę później tytułowe „All American Nightmare”. Przy drugim z tych utworów warto się zresztą pochylić na dłużej, gdyż został wybrany na singla. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że powstał w ten sposób teledysk, który powinien przypaść do gustu większej części męskiej publiki. Nie podoba wam się muzyka? To zatkajcie uszy i po prostu patrzcie. Uchylę rąbka tajemnicy. Widzicie tę wytatuowaną panią na okładce? To Jesse Lee Denning. Hm… nie będę nikogo oszukiwać. Gdyby nie ona, to pewnie nigdy nie sięgnąłbym po „All American Nightmare”. Otóż, ta urocza dama pojawia się również we wspomnianym wideoklipie i pokazuje się tam od najlepszej strony.

Krótkie podsumowanie. Jeśli ktoś podchodzi do muzyki nazbyt intelektualnie, to prawdopodobnie szczerze znienawidzi nowe dzieło Hindera. Toż to tylko wypolerowany produkt. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że ów produkt dostał certyfikat jakości od samego Kevina Churko, czyli faceta, który jest odpowiedzialny chociażby za perfekcyjne brzmienie dwóch ostatnich płyt Ozzy’ego Osbourne’a. Jeśli zatem kiedyś dopadnie was nastrój na rock’n’rollowe odmóżdżanie, to jest szansa, że „All American Nightmare” nie wywoła u was mdłości, a nawet sprawi odrobinę przyjemności.

Ocena: 5/10

Próbka:

All American Nightmare (video)


(Paweł D.)

Audycja z 21.12.2010 r. Temat: Podsumowania 2010 - Najlepsze płyty roku cz. 2

Druga część audycji gromadzącej najciekawsze (w naszej opinii) przejawy rockowego łojenia z 2010 roku.

Audycja 21.12.2010 r.


Lista wykorzystanych utworów:

1. Falling from the Sky: Day Seven - Norma Jean
2. Let it Die - Ozzy Osbourne
3. Rise on Rock - Scorpions
4. Nobody's Fault - Vince Neil
5. Alesund - Sun Kil Moon
6. Adrift - Wino
7. Huckleberry Crumble - Stone Temple Pilots
8. A Drowning - How to Destroy Angels
9. Misery - Gallows

I największa niespodzianka naszego podsumowania ;)
Misery (video)

czwartek, 23 grudnia 2010

Nowy klip AIC na Święta

Klip koncertowy, co nie znaczy, że nie ciekawy. W dodatku jedna z najlepszych (o ile nie najlepsza) piosenka z albumu Black Gives Way To Blue. Smacznego ! :)



Przy okazji - Wesołych Świąt i dużo rockowych prezentów pod choinką :)

czwartek, 16 grudnia 2010

Audycja z 14.12.2010 r. Temat: Podsumowania 2010 - Najlepsze płyty roku cz. 1


Doczekaliśmy się! Wszystko to, co w minionym roku miło nas zaskoczyło; płyty, które zawładnęły naszymi odtwarzaczami; muzyka, od której nie mogliśmy się oderwać - Dom Wariatów przedstawia swoje typy na 2010 rok! Podwójna audycja, bo i fajnej muzyki było sporo. Część pierwsza czeka już na was (link poniżej):

Audycja 14.12.2010 r.

Lista wykorzystanych utworów:

1. You've Seen The Butcher - Deftones
2. Democide - Exodus
3. Parasitic Twins - Dillinger Escape Plan
4. Down With Me - Filter
5. My Light - Sully Erna
6. Black Candy - Danzig
7. Old Fangs - Black Mountain
8. Point to Push - Over-reactor
9. Make Me Wanna Die - The Pretty Reckless

Audycja z 07.12.2010 r. Temat: Podsumowania 2010 - Rozczarowania


UWAGA! Przetrwaliśmy problemy techniczne i uzupełniamy archiwum audycji. W związku z tym informujemy, że dostępna jest już druga część audycji o muzycznych wędrówkach Josha Homme'a. Odsyłacz do odpowiedniego posta:

Audycja z 30.11.2010. Temat: Josh Homme, (życie i) twórczość cz. 2


To już natomiast kolejna audycja, w której rozpoczęliśmy nasz tradycyjny grudniowy maraton, czyli WIELKIE PODSUMOWANIE ROKU 2010!

Odsłona pierwsza to zarazem ta najsmutniejsza, ale zarazem bardzo interesująca część - ROZCZAROWANIA. Chcecie się przekonać, które z najbardziej oczekiwanych płyt, naszym skromnym zdaniem, okazały się bublami? Nic prostszego - wchodzisz w poniższy link i zasysasz:)

Audycja z 07.12.2010 r. (link poprawiony - już nie odsyła do tej z 14.12.2010 r. Przepraszamy za utrudnienia:) )

No i lista wykorzystanych utworów (nie patrz, jeśli nie chcesz psuć sobie zabawy):

1. Pop a pill - Korn
2. The Fight Song - Methods Of Mayhem
3. Come on - Mushroomhead
4. The Alchemist - Irom Maiden
5. Ambush - Anihilator
6. Prison Planet - Bonded by Blood
7. Reaction - Dead Letter Circus
8. Say You'll Haunt Me - Stone Sour
9. Cowboy Way - Hellyeah

Alain Johannes – Spark (2010)

Alain Johannes to facet niezwykle ceniony w świecie rocka. To multiinstrumentalista, kompozytor, a nawet producent. Współpracował z prawdziwymi sławami. Niech wspomnę tylko Queens Of The Stone Age, Chrisa Cornella, Marka Lanegana czy w końcu Brody Dale. Nie zdziwię się jednak, jeśli nazwisko tego Pana gdzieś wam umknęło. Alain Johannes jest bowiem mistrzem drugiego planu, a jego popularność z pewnością nie dorównuje szacunkowi, jakim cieszy się wśród innych muzyków. Cóż, widocznie sława nie jest dla niego najważniejsza. Ale czemu zatem po 25 latach w branży w końcu zdecydował się na wydanie albumu solowego? Niestety geneza płyty „Spark” nie jest najweselsza. W lutym 2008 roku w wyniku choroby nowotworowej zmarła Natasha Shneider – wokalistka, która wraz z Alainem Johannesem i Jackiem Ironsem w roku 1990 stworzyła grupę Eleven. Zespół ten był zresztą najważniejszym projektem zarówno dla Alaina, jak i dla niej. Byli przyjaciółmi i partnerami – zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.

„Spark” jest zatem muzycznym hołdem – tribute albumem, jeśli wolicie tę obco brzmiącą nazwę. I ten fakt bezwzględnie przekłada się na jego charakter. Przede wszystkim niepodzielnie królują tu brzmienia akustyczne. Perkusji w zasadzie nie ma – raz na ruski rok coś tam stuknie w tle. Zdziwi się jednak ten, kto spodziewa się nudy od strony aranżacyjnej. Alain potrafi zrobić z gitarą naprawdę sporo. I brzmi to intrygująco. Oczywiście, słychać tu echa Eleven, ale mi od pierwszej chwili, w której usłyszałem „Spark”, po głowie zaczęło hasać jedno skojarzenie – „Euphoria Morning”. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ miał Johannes na powstanie debiutanckiej płyty Chrisa Cornella. „Spark” różni się od wspomnianego wydawnictwa kilkoma szczegółami – ta płyta jest nieco trudniejsza w odbiorze, krótsza… no i głosu Cornella tu nie ma. Słysząc jednak takie numery, jak „Gentle Ghost”, „Endless Eyes” czy „Make God Jealous” trudno nie odczuć tych samych wibracji, jakie niosło ze sobą „Euphoria Morning”. I mnie się to podoba. Skoro już tak wyciągamy tych ważnych amerykańskich songwriterów, to wypada zauważyć, że i fani Marka Lanegana znajdą tu coś dla siebie (posłuchajmy chociażby tego leniwego i nieco depresyjnego „Speechless”).

Szkoda, że płyta ta powstała w takich smutnych okolicznościach. Faktem jest jednak, że albumy tworzone w wyjątkowym bólu przynoszą nam czasem muzykę piękną i unikalną, czego najświetniejszym przykładem jest chyba projekt Temple Of The Dog. „Spark” nie jest dziełem tego formatu, ale to zbiór piosenek szczerych i bardzo… organicznych. Wiem, że część z was uzna, że to słowo w świecie muzyki nie ma w zasadzie znaczenia, ale… jakoś wyjątkowo pasuje mi do tego, co zaprezentował Johannes. Bo to nie są najsmutniejsze piosenki na ziemi, to nie są jakieś mroczne wyziewy, to nie jest muzyczny obraz depresji. To po prostu ładny, subtelny album. Bez niepotrzebnego patosu i głupich ambicji.

Ocena: 7/10

Próbka:
Endless Eyes (audio)

(Paweł D.)

sobota, 11 grudnia 2010

Ill Nino - Dead New World (2010)

Może będę okrutny, ale niewiele spodziewałem się po tej płycie. Cóż, Ill Nino nigdy nie przejawiali znamion geniuszu. Nigdy nie nagrali bezapelacyjnie dobrej płyty. Oczywiście, „Revolution Revolucion” było całkiem popularne, ale… to były inne czasy. Mam jednak pewien sentyment do „dredziarza” i spółki. I dlatego też sięgam po ich kolejne wydawnictwa. Powoli zaczynam podejrzewać się już nawet o masochizm. Bo „Dead New World” to nie jest spacer po parku. Hm… to raczej droga przez mękę.

Pierwsze przesłuchanie. Porażka. Wymiękłem przy drugim utworze. Przerzuciłem na „Bullet With Butterfly Wings”. Drugie przesłuchanie. Dotarłem do trzeciego kawałka. Przerzuciłem na „Bullet With Butterfly Wings”. Trzecie przesłuchanie. Dobrnąłem już nawet do połowy! I… przerzuciłem na „sami-wiecie-na-co”. Czy cover utworu The Smashing Pumpkins jest taki wyborny? Niestety nie. To po prostu rewelacyjna kompozycja w przyzwoitym wykonaniu. Gdyby tylko któryś z muzyków Ill Nino miał chociaż część talentu kompozytorskiego Billy’ego Corgana (tego starego Billy’ego – z połowy lat 90). Niestety, utwory na „Dead New World” nie zachwycają polotem i oryginalnością. Żeby w ogóle dostrzec w nich jakiś potencjał, potrzeba naprawdę dużo samozaparcia. Ja starałem się być twardym facetem, więc się przegryzałem do bólu. No i chyba odkryłem na tej płycie kilka miłych dla ucha akcentów.

Na pierwszy ogień dajmy coś ostrego – „Killing You, Killing Me”. W tym numerze słychać, że Ill Nino to zespół metalowy. Jest to jedna z niewielu kompozycji, przy których kapela nie sili się na pseudo-melodyjność. I wypada to całkiem przyzwoicie. W zasadzie do posłuchania jest też cały początek płyty. „God is for The Dead”, „The Art Of War” i „Against The Wall” to numery, w których fani nu metalu (takiego “klasycznego” – sprzed mniej więcej dziesięciu lat) coś tam dla siebie znajdą. W „Ritual” pojawiają się całkiem smakowite gitary. Połączone z charakterystycznymi dla Ill Nino wstawkami etnicznymi mogą budzić pozytywne uczucia, ale… ale właśnie… to wszystko mało. Mam bowiem dziwne przeczucie, że jeśli już przestanę się zmuszać i skasuję ten album z mojego odtwarzacza mp3, to… nie wrócę do niego przez długie miesiące, a może nawet zapomnę o nim na zawsze. Cóż, dobrej muzyki nie brakuje. Szarakom śmierć!

Ocena: 3/10

Próbka:
Against The Wall (video)

(Paweł D.)

czwartek, 9 grudnia 2010

Spokojnie, to tylko awaria :)

Dla wszystkich, którzy czekają na kolejne audycje, dobry komunikat - to tylko małe problemy techniczne! Już niedługo zaległe dwa programy pojawią się na blogu. Prosimy o cierpliwość!

I pamiętajcie...


poniedziałek, 6 grudnia 2010

Madball - Empire (2010)

Gdybym miał napisać recenzję tej płyty całkowicie w ciemno, bez słuchania, to wyglądałaby ona tak: „Kolejna dawka solidnego HC prosto z nowojorskich ulic!” Ale staram się podchodzić do rzeczy profesjonalnie. Płyty „Empire” wysłuchałem zatem nie raz i nie dwa. I wiecie co wam napiszę? To naprawdę kolejna dawka solidnego HC prosto z nowojorskich ulic… Tak. Jeśli szukacie w muzyce oparcia, czegoś stałego, co nigdy was nie zawiedzie, to Madball jest kapelą dla was!

Mogę się zgrywać, ale z tym zespołem już tak jest – kochasz go lub nienawidzisz. Ja należę do tej pierwszej grupy. Powiem więcej, z całej nowojorskiej hard core’owej rodzinki, to właśnie Madball są moimi ulubieńcami. Wystarczy popatrzeć sobie na teledyski – czy Freddy Cricien to nie jest najsympatyczniejszy gość jakiego w życiu widzieliście? Miły uśmiech, nienaganne zachowanie, schludne stroje. Gdybym mógł się urodzić po raz drugi, to chciałbym być taki jak Freddy.

Do rzeczy. Przy pierwszym podejściu „Empire” wydać się może nieco… nudne. Ale to pozory, które spowodowane są jedynie tym, że wszystko to już kiedyś słyszeliśmy. Tak jak napisałem. Madball to konserwatyści. Jest tu zatem wszystko to, do czego zdążyli nas przyzwyczaić i nie ma miejsca na niespodzianki. Dajcie jednak szansę tej płycie. Posłuchajcie jej po raz drugi, po raz trzeci. Jeśli lubicie takie granie, to gwarantuje, że są tu rzeczy, które w końcu wam zaskoczą. Weźmy sobie takie „R.A.H.C.”, odłóżmy na bok wszystko inne i wczujmy się… „They say - fuck hard core, is dead! Wel, let me tell You how I feel about it. The best way I know how, I’m gonna scream and shout it! Just so, so You know, your story is full of holes, You miss a real show, You (…)” I tak dalej, I tak dalej… No ok… bez muzyki tego nie poczujecie. Ale fakt pozostaje faktem – Madball mają się dobrze, a co za tym idzie, hard core jest wciąż żywy! Dobrych momentów tu nie brakuje – „Rebel4Life18”, „Invigorate”, „Dark Horse”, „Delete”… chociaż może to bez sensu wskazywać pojedyncze numery. Wszak nie wyskakują one znowu jakoś wysoko ponad poziom całości.
A jak ocenić tę całość? Cóż, zdziwiłbym się gdyby ta płyta była lepsza, niż jest. Freddy i spółka nie schodzą poniżej pewnego poziomu, ale też nie ma co liczyć na to, że nagle zaskoczą czymś nowym, co odmieni oblicze nowojorskiej sceny. Dla mnie jest to sytuacja do przyjęcia. Jedyne, czego może brakować, to tej surowizny, którą mogliśmy znaleźć na ich wczesnych płytach. Ale czy uwstecznianie się na siłę ma jakiś sens? Chyba nie. Zatem… pozostajemy w błogim stanie zawieszenia. Chciałoby się zakrzyknąć… HC for life!

Ocena: 6/10

Próbka:
R.A.H.C. (audio)

A przy okazji fragment tegorocznego koncertu z Łodzi - dźwięk marny, ale klimat jest:
Pride (live)

(Paweł D.)

niedziela, 5 grudnia 2010

Audycja z 30.11.2010. Temat: Josh Homme, (życie i) twórczość cz. 2


Jedziemy dalej! Josh Homme stał się na początku XXI w. gwiazdą pierwszego formatu. Wzniósł się na szczyt razem z Queens Of The Stone Age. Zawiązywał liczne projekty i odwiedzał w studio przeróżnych muzyków i zespoły okraszając ich twórczość dozą swojego wielkiego talentu. Co robił? z kim grał? co generalnie porabiał? O tym w drugiej części opowieści o życiu i twórczości Josha Homme'a.

UWAGA - poniżej audycja:
Audycja z 30.11.2010 r.

List utworów:

1. Regular John - Queens Of The Stone Age
2. The Lost Art Of keeping A Secret - Queens Of The Stone Age
3. A Song for the Dead - Queens Of The Stone Age
4. Necro Hex Blues - Primal Scream
5. Colony Of Birchmen - Mastodon
6. Bubbles - Biffy Clyro
7. Crying Lightning - Arctic Monkeys
8. Black History Month - Death From Above
9. Gunman - Them Crooked Vultures


Do obejrzenia koniecznie:
The Lost Art Of keeping A Secret - Queens Of The Stone Age (Video Live)
3's & 7's - Queens Of The Stone Age (Video)
Scumbag blues - Them Crooked Vultures (Video)