
Myślałem, że trzeci album w dorobku Kanadyjczyków z Black Mountain będzie tym przełomowym. Płyta „In the Future” wydana przed dwoma laty była już pozycją niezwykle ciekawą, która zbierała bardzo pozytywne recenzje nawet w bardzo prestiżowych czasopismach muzycznych. Ja osobiście nie padłem może jeszcze na kolana, ale dostrzegłem tam przebłysk geniuszu. Sprawdźcie zresztą sami – czwarty utwór na płycie… „Wucan”. Tak, to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej. Ta jedna kompozycja sprawiła, że Black Mountain mocno zapadli mi w pamięć, a kiedy nadszedł czas pierwszego przesłuchania „Wilderness Heart” to byłem aż blady z przejęcia. Czy słuszne były moje nerwy? Chyba nie. Black Mountain nie zaskoczyli mnie. Znów nagrali dobry album. Może nawet bardzo dobry. Nie mniej jednak… wciąż nie jest to dzieło bezdyskusyjnie genialne.
Powiecie, że oczekuję zbyt wiele? Nie zgodzę się. Wiem, że stać ich na to, aby mieć u stóp cały muzyczny świat. Na „Wilderness Heart” udowadniają to w dwóch kompozycjach. Pierwszą perełką jest „Old Fangs” – podobnie jak we wspomnianym już „Wucan” niebagatelną rolę odgrywają tu partie klawiszowe, które nadają piosence niezwykłego klimatu. Dołóżmy do tego wyrazisty, stonerowy bas i rewelacyjne linie wokalne, a otrzymamy jeden z najlepszych kawałków roku 2010 (przynajmniej w opinii niżej podpisanego). Zaznaczmy, że podział obowiązków wokalnych na Stephena MacBeana i Amber Webber wychodzi płycie na dobre. Za przykład niech posłuży druga ze wspomnianych perełek – „Rollercoaster”. Zaczyna się leniwie. Stephen trochę od niechcenia, z pewną brytyjską flegmą, wyrzuca z siebie słowa. Po pewnym czasie dołącza do niego Amber, następuje zryw i… solowa partia wokalna panny Webber… mili Państwo – ten fragment rozwala mnie za każdym razem, kiedy go słucham (a wierzcie mi – słucham go w kółko i na okrągło).
No dobrze. Dwie rewelacyjne piosenki. To już coś, ale co z resztą? Otóż, przeważnie jest dobrze. Ciekawie wypada „Let Spirits Ride” – hard rock wyciągnięty żywcem z lat 70. Fajna gitarowa solówka, szybkie tempo i hammondy dla osłody. Przydałoby się tu więcej takiego grania. Stosunkowo ciężki wydaje się jeszcze utwór tytułowy, ale nie zmienia to wrażenia, że przeważnie jest jakby trochę za delikatnie i… za czysto. Elementów rocka psychodelicznego jest u Black Mountain jakby coraz mniej. „Radiant Hearts”, „The Space In Your Mind”, czy kończący płytę „Sadie” to praktycznie utwory folkowe, które mogłyby znaleźć się na ostatniej płycie Blitzen Trapper (na której zresztą też był utwór o nazwie „Sadie”). Nie mówię, że Black Mountain nie radzą sobie w takich klimatach. Wymienione utwory wypadają poprawnie, ale… nie tak dobrze, jak głośniejsze, elektryczne „Old Fangs”, „Rollercoaster”, czy nawet „Let Spirits Ride”.
To, że nieco kręcę nosem, nie powinno zniechęcać was do sięgnięcia po „Wilderness Heart”. Naprawdę warto.
Ocena: 8/10
Próbka:
Old Fangs (video)(Paweł D.)