środa, 29 września 2010

Audycja z 28.09.2010 - Temat: Sully Erna i Serj Tankian

W tej audycji rozprawiamy o nowych, mile zaskakujących produkcjach wokalistów Godsmacka i System Of A Down.

audycja

1. Black Rain - Soundgarden
2. Broken Road - Sully Erna
3. My Light - Sully Erna
4. 7 Years - - Sully Erna
5. Disowned Inc. - Serj Tankian
6. Reconstructive Demonstrations - Serj Tankian
7. Left of Center - Serj Tankian
8. Bring It On Home - Acid Drinkers (cover Led Zeppelin)

Video:
Serj Tankian - Left To Center

Sully Erna w MTV Cribs :)

wtorek, 28 września 2010

Black Mountain - Wilderness Heart (2010)

Myślałem, że trzeci album w dorobku Kanadyjczyków z Black Mountain będzie tym przełomowym. Płyta „In the Future” wydana przed dwoma laty była już pozycją niezwykle ciekawą, która zbierała bardzo pozytywne recenzje nawet w bardzo prestiżowych czasopismach muzycznych. Ja osobiście nie padłem może jeszcze na kolana, ale dostrzegłem tam przebłysk geniuszu. Sprawdźcie zresztą sami – czwarty utwór na płycie… „Wucan”. Tak, to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej. Ta jedna kompozycja sprawiła, że Black Mountain mocno zapadli mi w pamięć, a kiedy nadszedł czas pierwszego przesłuchania „Wilderness Heart” to byłem aż blady z przejęcia. Czy słuszne były moje nerwy? Chyba nie. Black Mountain nie zaskoczyli mnie. Znów nagrali dobry album. Może nawet bardzo dobry. Nie mniej jednak… wciąż nie jest to dzieło bezdyskusyjnie genialne.

Powiecie, że oczekuję zbyt wiele? Nie zgodzę się. Wiem, że stać ich na to, aby mieć u stóp cały muzyczny świat. Na „Wilderness Heart” udowadniają to w dwóch kompozycjach. Pierwszą perełką jest „Old Fangs” – podobnie jak we wspomnianym już „Wucan” niebagatelną rolę odgrywają tu partie klawiszowe, które nadają piosence niezwykłego klimatu. Dołóżmy do tego wyrazisty, stonerowy bas i rewelacyjne linie wokalne, a otrzymamy jeden z najlepszych kawałków roku 2010 (przynajmniej w opinii niżej podpisanego). Zaznaczmy, że podział obowiązków wokalnych na Stephena MacBeana i Amber Webber wychodzi płycie na dobre. Za przykład niech posłuży druga ze wspomnianych perełek – „Rollercoaster”. Zaczyna się leniwie. Stephen trochę od niechcenia, z pewną brytyjską flegmą, wyrzuca z siebie słowa. Po pewnym czasie dołącza do niego Amber, następuje zryw i… solowa partia wokalna panny Webber… mili Państwo – ten fragment rozwala mnie za każdym razem, kiedy go słucham (a wierzcie mi – słucham go w kółko i na okrągło).

No dobrze. Dwie rewelacyjne piosenki. To już coś, ale co z resztą? Otóż, przeważnie jest dobrze. Ciekawie wypada „Let Spirits Ride” – hard rock wyciągnięty żywcem z lat 70. Fajna gitarowa solówka, szybkie tempo i hammondy dla osłody. Przydałoby się tu więcej takiego grania. Stosunkowo ciężki wydaje się jeszcze utwór tytułowy, ale nie zmienia to wrażenia, że przeważnie jest jakby trochę za delikatnie i… za czysto. Elementów rocka psychodelicznego jest u Black Mountain jakby coraz mniej. „Radiant Hearts”, „The Space In Your Mind”, czy kończący płytę „Sadie” to praktycznie utwory folkowe, które mogłyby znaleźć się na ostatniej płycie Blitzen Trapper (na której zresztą też był utwór o nazwie „Sadie”). Nie mówię, że Black Mountain nie radzą sobie w takich klimatach. Wymienione utwory wypadają poprawnie, ale… nie tak dobrze, jak głośniejsze, elektryczne „Old Fangs”, „Rollercoaster”, czy nawet „Let Spirits Ride”.

To, że nieco kręcę nosem, nie powinno zniechęcać was do sięgnięcia po „Wilderness Heart”. Naprawdę warto.

Ocena: 8/10

Próbka:
Old Fangs (video)

(Paweł D.)

sobota, 25 września 2010

piątek, 24 września 2010

Audycja z 21.09.2010 - Temat: Dziewczyna z gitarą, czyli Courtney... i co dalej?

A oto nasze kolejne wypociny. Program poświęcony w całości płci pięknej, i to tej bardzo rockowej części płci pięknej. Koniecznie zerknijcie też na linki do teledysków - tym razem warto;)

Audycja 21.09.2010


Lista utworów:
1. Ask For It - Hole
2. Be a Man - Hole
3. Fast & Frightening - L7
4. City Of Angels - The Distillers
5. Baptized by Fire - Spinerette
6. Make Me Wanna Die - The Pretty Reckless
7. Goin' Down - The Pretty Reckless
8. I Get Off - Halestorm
9. It's Not You - Halestorm

I coś na zachętę:
Make Me Wanna Die - The Pretty Reckles

Drain The Blood - The Distillers


I Get Off - Halestorm


I powiew klasyki:
I Love Playin With Fire - The Runaways

środa, 22 września 2010

Pro-Pain - Absolute Power (2010)

Kto pamięta jeszcze te piękne czasy, kiedy to co drugi polski nastolatek słuchał Biohazard, a nowojorski hardcore wydawał się człowiekowi jednym z najważniejszych nurtów ciężkiego grania? Ach, gdyby „Absolute Power”” ukazało się w tym okresie – to byłby pewnie hit. Dziś… no cóż, płyta przepływa sobie jakimś bocznym nurtem. Taki los. Pro-Pain nie są chyba jednak łasi na popularność. Robią swoje. Nie starają się być „ostatnimi obrońcami stylu”, ale nie odchodzą też za daleko od swojego rodzimego terytorium. Uzyskują w ten sposób równowagę – jest ciekawie, ale też ciężko.

Trochę szczegółów. Dziesięć numerów. Trzydzieści siedem minut muzyki. Nie za dużo, nie za mało, a słucha się tego jednym tchem. Bo mamy tu wszystko, czego od Pro-Pain mogliśmy oczekiwać. Zaczyna się od „Unrestrained” - metal hardcore w stylu cięższych dokonań Madball czy Agnostic Front. Naprawdę mocnych rzeczy jest tu zresztą więcej. W „Destroy The Enemy” wchodzimy na grunt groove metalowy – początek zalatuje nawet Soulfly’em. W szybszym „Rise Of The Anarchist” Gary Meskil zaczyna prawie growlować, co zresztą kontynuuje w chyba najostrzejszym na płycie „Hate Coalition” – tu dodatkowo towarzyszy mu podwójna stopa. Metal przez duże „M”… a może już i metalcore? Na „Absolute Power” ballad nie znajdziemy, ale Pro-Pain dalecy są od tego, aby zanudzić słuchacza jednowymiarową młócką. Do nagrania „Stand My Ground” zaprosili Schmiera z niemieckiego Destruction, co zaowocowało fajnym refrenem zaśpiewanym na dwa głosy. Jeszcze ciekawsze zastosowanie kilku wokali zaprezentowali w „Road To Nowhere” – skądinąd moim ulubionym kawałku z „Absolute Power”. Nawet elegancka solówka gitarowa się tu pojawia. „AWOL” to już hardcore punk. Krótko, mocno, do przodu… ale chwytliwie. Jeszcze krócej i jeszcze mocniej prezentuje się „Divided We Strand”. Chyba najbardziej radiowym kawałkiem na płycie jest natomiast „Gone Rogue (I Apologize)”. Tu już zrywamy z estetyką godną nowojorskich twardzieli. Bo co powiecie na tekst typu: „They say love, love is all you need, and I think they’re right”? Z muzyką nie brzmi to już tak cukierkowo, ale “ulicą” też od tego nie bije. Generalnie numer w ucho wpaść może i jak ktoś złośliwy, to i o komercje ich posądzi. Trzeba by było jednak mieć jakąś szczególną niechęć do Pro-Pain, bo moim zdaniem goście zaprezentowali się naprawdę dobrze. Zresztą – recenzje zbierają bardzo przyzwoite, więc chyba to nie jest tylko jakieś moje widzimisię.

Chociaż „Absolute Power” to więcej niż się spodziewałem, to nie ma co się czarować – taką muzyką świata nie zawojujesz. Dziś hardcore potrzebuje odświeżenia. Objawień w stylu Gallows. Odnowicieli gatunku. Pro-Pain to stara gwardia. Rzemieślnicy. Fajnie, że trzymają formę, ale czy młodsze pokolenie to kupi? Chciałbym w to wierzyć i dlatego ocena może nawet nieco zawyżona... ale co tam!

Ocena: 7/10

Próbka:
Destroy The Enemy (audio)

(Paweł D.)

sobota, 18 września 2010

American Bang - American Bang (2010)

Są dzicy i młodzi – tak przynajmniej twierdzą w jednym z singli ze swojej debiutanckiej płyty. Młodzi faktycznie są, ale czy znowu tacy dzicy? Mi wyglądają raczej na grzecznych chłopców. A to tak chyba nie wypada być grzecznym, kiedy próbuje się wpasować w buty starych, dobrych Lynyrd Skynyrd, nieprawdaż? Za młodu bracia Van Zant byli w końcu niezłymi zawadiakami. Jaren Johnston i jego kumple to raczej chudziaki, których największym grzechem może być nadmiar piwa od czasu do czasu. Do tego wcale nie są aż tak „południowi”, na jakich się kreują. Brzmieniowo bliżej im raczej do Kings Of Leon niż do Lynyrd Skynyrd. Czyli raczej taki radiowy, amerykański rock z „southernowymi” naleciałościami. Od kapeli braci Followillów są z kolei bardziej przewidywalni i… mniej utalentowani. Wydaje mi się wręcz, że największą bronią American Bang jest zapał i wiara w to, że mogą coś zwojować. A może to po prostu chęć zarobienia jakiejś większej kasy? Wszak Jaren Johnston usłyszał kiedyś od swojego ojca, szanowanego perkusisty z okolic Nashville, takie oto słowa: „Jeśli chcesz mieć na rachunki, graj na bębnach. Jeśli chcesz zarabiać na życie, naucz się pisać piosenki”. No to co miał począć biedny młodzian? Zaczął grać na gitarze, śpiewać i pisać. W końcu ojcu sprzeciwiać się nie wypada. Czy jednak Jaren nauczył się trudnej sztuki komponowania dobrych piosenek? No zgadujcie. No tak – oczywiście, że się nie nauczył. Pisze piosenki przyjemne, ale z pewnością nie jakieś arcydzieła. Może jednak to wystarczy, żeby trochę grosza zarobić? Bo choć American Bang nie wyglądają mi szczególnie autentycznie i nie wzbudzają mojej większej sympatii, to nie twierdzę, że ich płyta jest do bani.

Muzyka American Bang jest prosta, niezbyt ambitna, niezbyt wysmakowana… ale też bardzo pozytywna. Przyznaję, że w odpowiednich warunkach może słuchać się jej z dużą przyjemnością. W jakich? No na przykład, kiedy w słoneczny dzień wybieramy się na wycieczkę poza miasto, a w perspektywie mamy ognisko, kilka piw i beztroską zabawę w gronie dobrych znajomych. Oczywiście numer przejdzie tylko wtedy, kiedy nasze towarzystwo nie ma jakiegoś szczególnie wyszukanego gustu muzycznego, a my nie będziemy zmuszać nikogo do słuchania albumu od początku do końca. Debiut Amrican Bang na dłuższą metę może bowiem trochę zemdlić. Nie zmienia to faktu, że takie numery, jak „Whiskey Walk”, „Wild and Young” czy „All We Know” uznaję za dosyć udane. Może jest w nich zatem jakiś ukryty talent? Mają czas. Jeśli tylko będą rozwijać się w dobrym kierunku, to może za kilka lat coś z nich jeszcze będzie.

Ocena: 5/10

Próbka:
Wild and Young (video)

czwartek, 16 września 2010

Audycja z 14.09.2010 - Temat: Stone Sour & Murderdolls


Najnowsza audycja:
Audycja 14.09.2010 r.

A w niej:
1. No Class - Kingdom Of Sorrow
2. Avalon - Sully Erna
3. Say You'll Haunt Me - Stone Sour
4. Nylon 6/6 - Stone Sour
5. Hesitate - Stone Sour
6. Nowhere - Murderdolls
7. Chapel Of Blood - Murderdolls
8. Summertime Suicide - Murderdolls
9. Serpentine - Disturbed

wtorek, 14 września 2010

John Butler Trio – April Uprising (2010)

Pozytywny gość – tak kojarzy mi się John Butler. Ale czy można mieć czarne myśli, kiedy żyje się w przepełnionej słońcem Australii? Nic dziwnego, że facet zachowuje się trochę jak stary hippis – pokój, miłość, muzyka… i to taka muzyka niczego sobie. Wystarczy rzec, że na Antypodach to gwiazda wysokiej klasy. Płyty jego zespołu – John Butler Trio – debiutują przeważnie na pierwszych miejscach list sprzedaży i pokrywają się platyną. Jakaż szkoda, że u nas takie granie nie jest w stanie przebić się do mainstreamu. „Takie granie” oznacza w tym przypadku mieszankę klasycznego rocka, bluesa, funk rocka, folku… i jeszcze kilku innych rzeczy.

Na „April Uprising” tych „innych rzeczy” jest zresztą trochę więcej niż na poprzednich albumach australijskiego tria. Już otwierający płytę „Revolution” zapowiada pewne zmiany – jest taki schludny i dopracowany. Do tego sam Butler zdmuchnął kurz ze wzmacniaczy. Cóż, mniejsza rola akustycznych brzmień jest charakterystyczna dla całego „April Uprising”. To co napisałem, może co po niektórych przerazić, ale spokojna głowa – zmiany nie są znowu takie rewolucyjne, tylko proporcje nieco się zmieniły.

Co do samych kompozycji, to następcy „Zebry” raczej tu nie znajdziemy, ale też nie ma co narzekać. Wspomniany „Revolution” chodził mi po głowie już od pierwszego przesłuchania. Są tu rzeczy pozytywne i zwariowane. Wesoły, nieco bluegrassowy „C’mon Now” nadaje się na jakąś szaloną letnią potańcówkę, a z kolei „Don’t Wanna See Your Face” to trochę taki… folk-rap. Płyta ma też swoje bardziej uduchowione oblicze, które objawia się w takich poważniejszych, nastrojowych utworach, jak „Mystery Man”, „Ragged Mile (Spirit Song)” czy „Take Me”. Najgorzej wypadają tu podróże w stronę typowego radiowego rocka. Singlowy „Close To You” jakoś w ogóle do mnie nie przemawia. Trochę lepiej wypada „To Look Like You”, ale ostatecznie to też nie jest taki John Butler, jakiego lubię najbardziej.

„April Uprising” to płyta eklektyczna, która z pewnością może się podobać. Mi słuchało się jej lepiej niż trochę mdłego „Grand National” z 2007 roku, ale… do „Sunrise Over Sea” trochę jeszcze brakuje.

Aaaa! Bym był zapomniał o najważniejszym! John Butler obciął swoje długaśne dready! No - to jest już rewolucja...

Ocena: 7/10

Próbka:
Revolution (video)

(Paweł D.)

niedziela, 12 września 2010

Zapowiedzi: Prawie jak Slipknot? Czyli Stone Sour i Murderdolls


Po płycie "All Hope Is Gone" rozpływaliśmy się w zachwytach. Slipknot to zjawisko. Jak radzą sobie jego członkowie poza macierzystą kapelą? Mamy okazję się przekonać, ponieważ na rynek wchodzą właśnie nowe wydawnictwa Murderdolls (Joeya Jordisona) i Stone Sour (Coreya Taylora i Jima Roota). W najbliższy wtorek (14.09.2010 r.) w Domu Wariatów przekonacie się, jakie jest nasze skromne zdanie na temat tych dwóch albumów. Zapraszamy!

Na zachętę najnowsze klipy zespołów:
Say You'll Haunt Me - Stone Sour (video)
My Dark Place alone - Murderdolls (video)

I jeszcze dodatkowo najnowszy klip Disturbed (a co?!):
Asylum - Disturbed (video)

czwartek, 9 września 2010

Audycja z 07.09.2010: Starzy wciąż jarzy

Wracamy do najpopularniejszego szablonu, czyli znów mamy dla Was dwie świeżutkie płyty, ale raczej nie od świeżutkich artystów. Swój powrót odnotowały właśnie dwie ważne i ciekawe kapele z lat 90 – industrialno-rockowy Filter oraz dawni liderzy alternatywnego metalu/hardcore'u Helmet. Co proponują? Oczywiście dowiecie się tego z Domu Wariatów.

Lista utworów:

1. Old Fangs - Black Mountain
2. On March The Saints – Down
3. The Trouble with Angels – Filter
4. No Re-Entry - Filter
5. Down With Me – Filter
6. And Your Bird Can Sing – Helmet
7. Miserable – Helmet
8. LA Water – Helmet
9. Don't Pull Me Over - Tom Petty & The Heartbreakers


Niestety z przyczyn technicznych link do audycji został usunięty. Ci, którzy chcą przesłuchać, proszeni są o zamieszczenie adresu e-mail lub numeru gg (prześlemy linka). Za utrudnienia przepraszamy.

piątek, 3 września 2010

Norma Jean – Meridional (2010)

Czy czekałem na nowe wydawnictwo Norma Jean? Nie szczególnie. Z pewnością nie można mnie nazwać ich wiernym fanem, a tym bardziej fanem metal core’owych klimatów w ogóle. Przyznaję jednak, że ich poprzednie wydawnictwo – „Anti-mother” - zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Na tyle pozytywne, że po „Meridional” sięgnąłem bez oporów i może nawet z pewnymi nadziejami. Nie byłem jednak przygotowany na to, co miało się wydarzyć. Norma Jean – piszę to z pełnym uznaniem – wprawili mnie w osłupienie. Niby obyło się bez rewolucji, ale… jest w tej płycie coś, co nie pozwala się od niej oderwać.

Po pierwszym przesłuchaniu została mi w głowie tylko jedna rzecz – motyw gitarowy z „Falling From The Sky: Day Seven”. Gdyby nie ten utwór, może w ogóle nie sięgnąłbym po tę płytę drugi raz. Numer ten ma jakąś hipnotyczną, mroczną siłę – wciąga. Czy można go nazwać metal core’ową balladą? Sam nie wiem, ale bez wątpienia jest to najwolniejsza i najbardziej przystępna rzecz na płycie. Przy kolejnych kontaktach z „Meridional” zrozumiałem jednak, że nie oznacza to wcale, że jest najlepsza. Norma Jean przygotowali nam bowiem ucztę złożoną z samych smakołyków. Zaczyna się rewelacyjnie - od „Leaderless And Self Enlisted”, przy którym moja głowa bezwiednie zaczyna bujać się na wszystkie strony. „Anthem for the Angry Brides” jest jeszcze dziksze – mathcore’owe gitarki i gardłowy krzyk. Rzecz na tyle mocna, że następujący po nim „Deathbed Atheist” może wydać się początkowo nazbyt wygładzony. Rekompensuje to jednak niezwykłym, „deftonsowo-toolowym” klimatem. Dalej jest równie dobrze – „A Media Friendly Turn To The Worse” przykuwa uwagę fajną pracą gitar, a „High Noise Low Output” niezłym refrenem. Na zakończenie mamy wkręcające „Innocent Bystanders United” z jego transowym, trzyminutowym wstępem. Nie wymieniałem wszystkich utworów, ale w zasadzie każdy z nich trzyma poziom – obecność wypełniaczy nie została stwierdzona.

Najważniejszy jest jednak fakt, że „Meridional” to bardzo spójna całość – przemyślana pod względem klimatu, dobrze zaaranżowana i poukładana. Tak jak podkreślałem na początku, nie jestem ekspertem w dziedzinie metal core’u, ale wydaje mi się, że Norma Jean są dla tego nurtu tym, czym Deftones byli dla nu metalu. Dużo tu emocji, dużo krzyków. Najważniejsze jednak, że całość broni się przed kiczem – jest szczera i nawet nieco poruszająca. W dzisiejszym metalu to naprawdę rzadkość.

Ocena: 9/10

Próbka:
Deathbed Atheist (video)

(Paweł D.)

Toadies - Feeler (2010)

Wierni fani Toadies (jeśli tacy istnieją) musieli czekać na ten album całe… dwanaście lat! To stwierdzenie jest może nieco przewrotne, bo zespół wydał w tym czasie dwie płyty studyjne, ale faktem jest, że „Feeler” to w zamierzeniu następca dosyć popularnego „Rubberneck” z 1994 roku. Otóż w połowie lat 90., po sukcesie singla „The Possum Kingdom”, Toadies postanowili wykorzystać swoje pięć minut chwały i ruszyli na długą trasę koncertową. W 1997 roku znów weszli do studia, nagrali swój album numer dwa. Z nowym materiałem, pełni ekscytacji, pobiegli do swoich wydawców – firmy Interscope, a ci… odrzucili ten projekt. Dlaczego „Feeler” się nie spodobał? Trudno stwierdzić. Może chodziło o to, że moda się zmieniła, a może o to, że nie były to piosenki wystarczająco dobre. Ostatecznie chyba nawet sam zespół nie był do końca przekonany do tej muzyki, bo na długi czas większość nagranego wtedy materiału poszła w zapomnienie (trzy utwory trafiły na album „Hell Below/Stars Above”).

W 2008 roku Toadies, po kilkuletniej przerwie w działalności, powrócili nadspodziewanie dobrym albumem „No Deliverance”, wydanym już przez nowego wydawcę – Kirtland Records. Dobre przyjęcie nowej płyty, świeża energia i mała wytwórnia płytowa – chyba wszystkie te czynniki sprawiły, że Toadies poczuli, że w końcu przyszedł czas na odkurzenie „Feelera”. Zespołowi nie udało się odzyskać oryginalnych nagrań od firmy Intrscope, więc… postanowili nagrać stare utwory od nowa.

„Feeler”, który trafia w nasze ręce, jest zatem w dużej części wariacją na temat tego, co miało ujrzeć światło dzienne w 1998 roku. Z piętnastu utworów, które miały się znaleźć na pierwotnej wersji albumu, panowie postanowili wybrać tylko dziewięć kompozycji. Album trwa teraz niecałe pół godziny. I słusznie. Ważna jest jakość, a nie ilość. Czy jednak „Feeler” jest rzeczywiście na tyle dobry, że warto go było odgrzebywać? Mam co do tego pewne wątpliwości.

Jest tu jeden numer, który rzeczywiście zrzucił mnie z krzesła. Mowa o „Waterfall”. Sceptycy powiedzą, że to kawałek banalny, ale co mnie to obchodzi – kiedy słucham go w trakcie jazdy samochodem, to staję się zagrożeniem na drodze (ach, to przejście na samym początku!). Toadies generalnie grają w sposób prosty, typowy dla siebie. Lekko zaskakujące może być nieco surowe i do połowy wyłącznie akustyczne „Trust Game”. Oprócz tego uwagę zwracają energetyczny, niemal punkowy, „Dead Boy” i instrumentalny „ATF”. Reszta to… po prostu Toadies w swojej przeciętnej formie.

Dla mnie kontakt z płytą „Feeler” był jednak bardzo przyjemny. Co poradzić? Lubię, kiedy ktoś jest w stanie przenieść mnie w czasie, a wraz z Toadies wracają wspomnienia z połowy lat 90. – lat szczenięcych… wolnych i pełnych pasji. Ach… i jak tu być obiektywnym?

Ocena: 6/10

Próbka:
Feeler (Promo)

(Paweł D.)


czwartek, 2 września 2010

Audycja z 31.08.2010 - Temat: Dzieje grzechu, czyli kilka historii o zdradzie rocka


Tym razem prezentujemy kilka przykładów na to, że nawet rockmani z krwi i kości lubią od czasu do czasu zrobić sobie mały skok w bok... i poflirtować z artystami z zupełnie innej bajki.

Audycja z 31.08.2010


Lista utworów:
1. Drivin' Rain - Gov't Mule (feat. James Hetfield)
2. Evolution Revolution Love - Tricky (feat. Ed Kowalczyk)
3. It's Coming After - Second Coming (feat. Layne Staley)
4. Smashing The Oponent - Infected Mushroom (feat. Jonathan Davis)
5. The Ritual - Saul Williams (feat. Trent Reznor)
6. The Omen - DMX (feat. Marilyn Manson)
7. Not a Man - Arsenal (feat. John Garcia)
8. No Man Army - Prodigy (feat. Tom Morello)
9. La derničre pluie - Emmanuelle Seigner (feat. Iggy Pop)
10. Shake Your Head (Let's Go To Bed) - Was Not Was (feat. Ozzy Osbourne & Kim Basinger)

Sun Kil Moon – Admiral Fell Promises (2010)

Płyta ukazała się co prawda w połowie lipca 2010 r., ale to chyba tylko dla rozbiegu przed jesienią – bo „Admiral Fell Promises” zawiera muzykę, która może być ścieżką dźwiękową naszego deszczowego, ponurego września. To płyta nastrojowa, mająca wyjątkowo intymny charakter. Wystarczy zauważyć, że wydanie „Admiral Fell Promises” pod szyldem Sun Kil Moon jest w pewnym sensie ściemą. To płyta, za którą odpowiedzialny jest tylko i wyłącznie Mark Kozelek. Dał wolne swoim współpracownikom, sięgnął po gitarę klasyczną i nagrał bardzo dobrą płytę. Tak po prostu.

Już od pierwszych dźwięków „Alesund” słychać, że Kozelek jest w wyśmienitej formie. Za pomocą prostych narzędzi buduje solidna strukturę. Bez wątpienia opiera się to wszystko na niezwykłym zmyśle kompozytorskim. Nie ma tu żonglerki konwencjami, nie ma za dużo kombinowania, a mimo to słucha się tej muzyki z zapartym tchem. Kozelek otwiera pewne małe drzwi w swojej duszy, wchodzi do dawno nieodwiedzanego pokoju i wszystko nam dokładnie opisuje. Jest to opowieść osobista, szczera, a przede wszystkim pełna subtelnego piękna.

Z pewnością znajdą się tacy, którzy tego albumu nie polubią. „Admiral Fell Promises” może wydać się komuś nazbyt smętne, a przy dłuższym słuchaniu nawet nużące, ale jeśli macie takie odczucia, to znaczy, że po prostu nie jesteście w odpowiednim nastroju. Poczekajcie na chwilę, kiedy życie da wam w kość i będziecie potrzebować azylu. Wtedy właśnie odnajdziecie schronienie w tym małym pokoiku, gdzieś na skraju duszy Marka Kozelka.

Ocena: 8/10

Próbka:

(Paweł D.)

środa, 1 września 2010

Audycja z 24.08.2010 - Temat: Nie taki post-grunge straszny...

Krótka podróż do połowy lat 90., kiedy to era zespołów z Seattle powoli dobiegała końca, ale niektórzy łudzili się jeszcze, że gdzieś w USA (i nie tylko) odnajdą się godni następcy Nirvany, Pearl Jam czy Alice In Chains. Przedstawiamy zespoły, które spóźniły się na swoją chwilę chwały, ale nie zasługują też na to, aby bezmyślnie wrzucić je do worka z komercyjnym post-grungem z drugiej połowy zeszłej dekady. Zespoły przełomu. Echa grunge'u lub pierwsza fala post-grunge'u - jak zwał, tak zwał. Będzie kilka zapomnianych hitów, a i jakieś niespodzianki się znajdą...

Audycja z 24.08.2010

Lista utworów:
1. Waterfall - Toadies
2. The Possum Kingdom - Toadies
3. Cover Me - Candlebox
4. Water's Edge - Seven Mary Three
5. Comedown - Bush
6. Iris - Live
7. Plowed - Sponge
8. Counting Blue Cars - Dishwalla
9. Popular Modern Themes - Chokebore
10. Back Porch - The Presidents Of United States Of America
11. Nervous and Weird - Everclear

I klipy na zachętę:
Love Everybody - The Presidents Of United States Of America
Far Behind - Candlebox
A Taste For Bitters - Chokebore
Lightning Crashes - Live (unplugged)

Witajcie, musimy Was serdecznie przeprosić za ten bałagan na blogu. Mam drobne problemy techniczne. Wkrótce wszystko wróci do normy i audycje będą znów regularnie zamieszczane na blogu.