czwartek, 26 sierpnia 2010

Intervurt – Union (2010)

Itervurt mają szansę na zawrotną karierę. Pochodzą z Londynu i umieją się zareklamować – w zasadzie już to może wystarczyć. Wszak każdy wie, że w Wielkiej Brytanii wystarczy iskra, aby rozpętać prawdziwe medialne piekło. Jednak nie bądźmy okrutni – Intervurt to zespół, który nie ma się czego wstydzić, a płyta „Union” to solidna dawka rocka. Jakiego? Tu z odpowiedzią przychodzą sami muzycy, którzy w na swojej stronie „myspace” opisują swoją muzykę, jako mieszankę wpływów U2, Muse, The Killers, Depeche Mode i… Queens Of The Stone Age. Sam nie opisałbym tego lepiej – wszystko pasuje. Z tym, że… nie są tak klimatyczni, jak Depeche Mode, nie mają takiego luzu, jak Queens Of The Stone Age, i z całą pewnością nie poruszą milionów ludzi na całym świecie, tak jak od lat robią to panowie z U2.

Intervurt brakuje może trochę oryginalności, ale też nie ma sensu się zniechęcać, bo „Union” to przede wszystkim zbiór dobrych utworów, które mogą się podobać. Są tu pozycje, które przy odpowiedniej promocji mogłyby poszaleć na rockowych listach przebojów, takie jak „Union Square”, „The Fear” czy „Scars & Stripes”, ale na dobrą sprawę cała reszta to także bardzo zgrabnie skrojone numery. Nie znaczy to, że Intervurt poszukują sławy za wszelką cenę i tym samym rezygnują z eksploracji „komercyjnie wątpliwych” terytoriów. W takim „Suffering” dryfują w okolicę ostatnich dokonać Morisseya, w „No name” stawiają na nieco mroczniejsze klimaty, „Merla” to taka lekko transowa jazda, a z kolei „Diesel” to już prawie stoner.

Chociaż „Union” słucha mi się bardzo dobrze, to mam – może zupełnie niepotrzebne – obawy, że umiejętność pisania wpadających w ucho piosenek, może być dla zespołu zgubna. Jeden krok w złą stronę i… myślę, że po przesłuchaniu „Union” sami będziecie wiedzieli co (a tymczasem nie chcę zapeszać).

Ocena: 6/10

Próbka:
Union Square (video)

(Paweł D.)

Over-Reactor – Lose Your Delusion vol. 1 (2010)

Może to zabrzmi jak zrzędzenie starej baby, ale… trudno dziś o dobrych wokalistów. Przynajmniej jeśli rozejrzymy się po świecie ciężkiego rocka. Albo mamy do czynienia z dinozaurami, które na scenie zapuściły korzenie, albo z młodzieżą, która sama nie wie czego chce. Nawet jeśli zdarzy się ktoś utalentowany i dysponujący fajnym głosem, to najprawdopodobniej okaże się czyimś naśladowcą. Druga opcja jest taka, że będzie zakutą pałą, która ma klapki na oczach, zero charyzmy i jeszcze mniej polotu. Bóg jednak czuwa i od czasu do czasu zsyła nam jakiś wyjątkowy egzemplarz.

Ezekiel Ox pochodzi z Melbourne w Australii i jeszcze do niedawna był głównym filarem zespołu Mammal. Niestety po świetnej płycie, jaką bez wątpienia była „Majority” z 2008 roku, drogi chłopaków się rozeszły. Byłem tym faktem zaskoczony i zasmucony, gdyż Mammal wydawał mi się najciekawszym zjawiskiem na tzw. alternatywnej scenie australijskiej. Podejrzewałem, że pewnie już nie usłyszę o Ezekielu Oksie, ale… na szczęście byłem w błędzie. Wziąłem go za ciekawego wokalistę, a to prawdziwa muzyczna osobowość. Zabrał się ostro do roboty i nagle okazało się, że dźwiga aż trzy projekty równocześnie – metalowe Full Scale Revolution, alternatywne The Ox & The Fury i właśnie Over-Reactor, którego styl Ezekiel określa jako „new punk”.

Zespół ma tylko dwóch członków – Ezekiela Oksa (wokal) i Cory’ego Blighta (instrumenty perkusyjne). Już wiem jakie pytanie rodzi wam się teraz w głowach – a co z gitarami? Spokojnie. Są i dają radę. Panowie nagrywali je wspólnie, ale na koncertach… są odtwarzane z kompa. Może to trochę dziwne, ale w zasadzie idea nie była zła. Over-Reactor zrodził się jako projekt dwuosobowy i takim ma pozostać. Natomiast album „Lose Your Delusion vol.1” jest dziełem typu „homemade”. Chłopaki zamknęli się w domowym studiu i wszystko robili sami. Atmosfera musiała być twórcza, bo nie dość, że „Lose Your Delusions” zostało podzielone na dwie części, to już na pierwszej z nich znajduje się aż siedemnaście utworów. Inna sprawa, że podejście do kompozycji jest, zgodnie z myślą przewodnią, bardzo punkowe – czyli są to utwory przeważnie dwu-, trzyminutowe. Klasyfikacja muzyczna tego materiału nie jest jednak łatwa. New punk? Nie przepadam za neologizmami, ale może to rzeczywiście niezłe określenie. Jest tu bowiem szczerość przekazu i energia godna punk rocka, ale jest też sporo innych elementów. Ezekielowi zdarza się rapować (czy melorecytować w charakterystyczny dla niego sposób), pojawia się trochę nie-punkowej elektroniki i nowoczesnych gitar (a la Mammal). Z pewnością warto posłuchać „Lose Your Delusion vol.1”, żeby sprawdzić, jak to wszystko ze sobą współbrzmi. Bo trzeba zaznaczyć, że materiał charakteryzuje się też fajną surowizną, odczuwalną głównie na poziomie partii perkusyjnych. Uwielbiam takie bębny (trochę jak u Melvinsów)!

Over-Reactor przypomina mi nieco projekt One Day As A Lion (Zacka z RATM), więc jeśli ktoś lubi takie klimaty, to powinien zapoznać się z „Lose Your Delusin vol.1”. Zwłaszcza, że jest tu sporo fajnych, energetyzujących numerów. „All Shields Down” zaskakuje fajnymi elektronicznymi wstawkami, refren z „Naked Words” jest wspomnieniem nieodżałowanego Mammala, a rozpędzony „Call In the Bombers” zachęca do skakania po pokoju i rozbijania mebli… i to tylko trzy pierwsze kompozycje z płyty. Warto też zwrócić uwagę, że sposób wyrażania myśli przez Ezekiela Oksa nie uległ zmianie – gość nadal jest ujmująco bezpośredni, co słychać chociażby w takich kawałkach, jak „Doogie Howser” i „Nu Metal Motherfuckers”.

„Lose Your Delusion vol.1” to dowód na to, że w sposób całkowicie niezależny można nagrać ciekawą, oryginalną płytę, na wysokim poziomie. Zapytacie – czy jest tak dobrze jak na „Majority”? Jest inaczej. Problemem może być to, że duży natłok utworów – przynajmniej początkowo – może trochę męczyć. W zasadzie, pewnie nikomu by nie zaszkodziło, gdyby wyrzucić stąd ze cztery słabsze kompozycje. Jednak, jak powiadają, darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby – a „Lose Your Delusion vol.1” możemy otrzymać za darmoszkę, korzystając z oficjalnej strony zespołu. Miły gest. Czekamy na część drugą.

Ocena: 7/10

Próbka:
Ezekiel i Cory zapowiadają album

A tu - na oficjalnej zespołu - możecie legalnie dostać album "Lose Your Delusion vol.1"
http://www.over-reactor.com/

(Paweł D.)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Audycja z 17.08.2010 - Temat: Nowości - Iron Maiden i Black Label Society



W audycji odnotowaliśmy dwie ważne premiery weteranów sceny metalowej - Iron Maiden z albumem "The Final Frontier" oraz Black Label Society "Order Of The Black".

ZAGINIONY LINK:
Audycja 17.08.2010

Lista utworów:
1. Jesus Christ Pose - Soundgarden
2. Crazy Horse - Black Label Society
3. Darkest Days - Black Label Society
4. Godspeed Hellbound - Black Label Society
5. El Dorado - Iron Maiden
6. Mother Of Mercy - Iron Maiden
7. Starblind - Iron Maiden
8. The Inevitable Relapse - Filter

czwartek, 19 sierpnia 2010

The Arcade Fire – The Suburbs (2010)

Indie to jedno z najważniejszych muzycznych pojęć tej dekady. Indie rock, indie pop, indie imprezy, indie dzieciaki. Ech... pojęcie tak ogólne, że w zasadzie nie wiadomo do końca, co tak właściwie znaczy (bo z „niezależnością” od dawna ma niewiele wspólnego). Kolejny duży worek, do którego na początku tego wieku zaczęło wrzucać się co drugą kapelę. Za kilka lat z tego zbioru będziemy pamiętać tylko pojedyncze zespoły, tylko naprawdę wyjątkowe albumy. Jednym z tych, które z pewnością nie zostaną zapomniane będzie „Funeral” z repertuaru The Arcade Fire. Pierwszy krążek w dyskografii Kanadyjczyków (nie licząc EP-ki z 2003 roku) to było coś pięknego. Oryginalne brzmienie, ciekawy koncept, świetne melodie i niezwykła atmosfera. Pomimo stosunkowo młodego wieku – klasyk.

Nie od dziś wiadomo, że w muzyce mocny start może być utrapieniem dla zespołu. Publiczność niechętnie przyjmuje zmiany, krytyka tylko czeka na potknięcie, żeby wylać trochę jadu. The Arcade Fire wyszli z tej potyczki obronną ręką. Ich kolejny album „Neon Bible” przyjął się całkiem nieźle. Chociaż byli i tacy, którzy w ogóle go nie zrozumieli... wśród tych niezadowolonych, kręcących nosami byłem i ja. Do ich najnowszego wydawnictwa podszedłem zatem z pewnym dystansem, ale też z małą szczyptą nadziei na to, że może jednak znów mnie oczarują.

Panie i Panowie, stało się, The Arcade Fire znów władają potężną magią. „The Suburbs” to płyta, która ma kilka elementów wspólnych z fenomenalnym debiutem, ale z pewnością nie można jej odbierać jako próby odtworzenia własnego sukcesu. Podobieństwa sprowadzają się przede wszystkim do tematyki albumu, która ma charakter... powiedzmy... bardzo lokalny. Dziś jest o suburbiach, sześć lat temu było o sąsiedztwie. No, widocznie ta skala mikro bardzo im pasuje. A może po prostu odpowiada im wszystko to, co budzi sentymenty. Bo „The Suburbs” to nic innego, jak sentymentalna podróż w świat dzieciństwa i dorastania. Powrót Wina i Willa Butlerów na przedmieścia Houston, gdzie niegdyś mieszkała ich rodzina. The Arcade Fire oprowadzają nas po starych okolicach, opowiadają stare historie – tęsknią, ale nie rozlewają niepotrzebnych łez. Być może tu tkwi największa różnica pomiędzy „The Suburbs” i „Funeral”. Na nowym albumie czuć pewien dystans, luz. Więcej jest tu pozytywnych dźwięków. Warto zwrócić uwagę także na wokale, które wydają się gładsze... takie... normalne. Bardzo podoba mi się takie podejście. Płytę można zapętlić i słuchać jej godzinami – bez najmniejszych oznak znużenia. Na „The Suburbs” nie ma może utworów, które poruszyłyby mnie tak, jak kilka lat temu zrobiły to „Rebellion (Lies)” czy „Neighborhood #1 (Tunnels)", ale i tu nie brakuje dobrych kompozycji. Wystarczy, że wspomnę takie tytuły jak „Rococo”, „Suburbian Wars”, „Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)"czy tytułowe „The Suburbs”. Jestem jednak przekonany, iż każdy może znaleźć tu własnych faworytów.

Miło widzieć, że The Arcade Fire pewnie kroczą przed siebie, rozwijają się i wciąż mają głowy pełne pomysłów. Nie wiem czy mogą liczyć na kolejny spektakularny sukces, bo czasy się zmieniają, a i efektu nowości brak, ale mój szacunek sobie zapewnili.

Ocena: 8/10

Próbka:
(Paweł D.)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Zapowiedzi: Na straży metalu













W najbliższym Domu Wariatów zajmiemy się dwiema ważnymi, długo oczekiwanymi premierami. Z jednej strony opoka southern metalu z USA. Po sporych zawirowaniach w życiu osobistym i artystycznym powraca Zakk Wylde z Black label Society. Po drugiej stronie czeka na Was najważniejszy zespół metalowy z Wysp czyli Iron Maiden. Także oni powracają nową płytą The Final Frontier. W jakiej formie? O tym już w audycji. Zapraszamy !

niedziela, 15 sierpnia 2010

Melvins - The Bride Screamed Murder (2010)

W 2006 roku doszło do wydarzenia niezwykłego – potwór imieniem Melvins pożarł, czy jak kto woli – wchłonął, dwuosobowy zespół znany jako Big Business. Ta swoista fuzja wyszła wszystkim na dobre. Melvins odeszli od eksperymentów, które były ich udziałem na przełomie tysiącleci i nagrali dwie bardzo dobre płyty – „(A) Senile Animal” z 2006 roku i „Nude With Boots” z 2008 roku. Widać, że współpraca układa się owocnie, bo w tym samym składzie (wciąż z dwoma perkusistami) i nie zwalniając tempa, kontynuują swoją bluźnierczą działalność.

Na rynek trafiło niedawno ich nowe dziecko – album „The Bride Screamed Murder” - album od którego, przyznaję, oczekiwałem bardzo wiele. Melvinsów lubię od lat, a ich ostanie dokonania rzuciły mnie na kolana. W końcu znaleźli idealne proporcje pomiędzy ciężarem, szaleństwem i przystępnością (wystarczy rzec, że „Smiling Cobra” z albumu „Nude With Boots” to, moim skromnym zdaniem, jeden z najlepszych metalowych numerów ostatnich lat). Chyba nie byłem osamotniony w moim oczekiwaniu, bo „The Bride Screamed Murder” w pierwszych dniach sprzedaży rozchodził się całkiem przyzwoicie i jako pierwszy album w historii zespołu znalazł się na liście Billboard 200.

Wiem, że King Buzzo to twardy zawodnik, więc nie będę się cackać i zerwę ten plaster szybko. Zawiodłem się. Brzmienie nadal jest rewelacyjne, ale pomysły jakby się zaczęły wyczerpywać. Co z tego wynika? Otóż… znowu skręcamy w kierunku udziwnień i usilnego wsadzania kijków w szprychy machiny komercjalizacji. Utwory są trudne do zapamiętania, a czasem nawet męczące. Zdarzają się wyjątki, jak chociażby całkiem przyzwoite „Pig House” i „Electric Flower”, ale… to jeszcze za mało. Riffy, które nakręcały ostatnie albumy, tu jakoś się rozmywają i tracą na wyrazistości. Weźmy taki „The Water Glass”, który zaczyna się potężnie, tylko po to, aby za chwilę przeistoczyć się w... jakieś dziwactwo – Buzz skandujący głupie hasła przy akompaniamencie bębnów. Takich udziwnień jest tu sporo i nie zawsze są najwyższych lotów. Rozczarowywać może przeróbka „My Generation”, która w wykonaniu Melvins jest po prostu wolna i nudna.

„The Bride Screamed Murder” to przede wszystkim płyta dla wiernych fanów, którzy są w stanie słuchać Melvins dla samej przyjemności obcowania z ich niepowtarzalnym brzmieniem. Laicy mogą kompletnie nie zrozumieć tego, co ma tu miejsce.

Ocena: 5/10

Próbka:
Pig House/Electric Flower (live)

(Paweł D.)

czwartek, 12 sierpnia 2010

Audycja z 10.08.2010 - Temat: Druga dziesiątka nu metalu cz.2

Link do ostatniej audycji:


Lista utworów:


1. Whatever - Godsmack
2. Immune - Godsmack
3. Sun Doesn't Rise - Mushroomhead
4. One More Day - Mushroomhead
5. Pollution - Limp Bizkit
6. Nobody Loves Me - Limp Bizkit
7. A Certain Shade Of Green - Incubus
8. Calgone - Incubus
9. My Own Summer (Shove It) - Deftones
10. Around the Fur - Deftones
Coś dla oka:

środa, 11 sierpnia 2010

Blitzen Trapper – Destroyer of the Void (2010)

Wyczytałem gdzieś, że Blitzen Trapper tworzą eksperymentalny folk. Niech i tak będzie. Jakoś trzeba ich sklasyfikować, chociaż ja po albumie „Furr” z 2008 roku nazywałem ich po prostu „jedną z najbardziej obiecujących rockowych kapel ostatnich lat”, między innymi dlatego, że ich muzyka nie była wcale łatwa do kategoryzacji. Ich najnowsze dzieło „Destroyer of the Void” wcale sprawy nie ułatwia, a raczej jeszcze ją komplikuje.

Rozpoczyna się jakoś tak... znajomo. Powtórka z ostatniego albumu? Nie. To coś innego. Jakby... powtórka z „Sierżanta Pieprza”! Nie dajcie się zwieść. Utwór tytułowy nie pochodzi z zagubionych archiwów wielkiej czwórki z Liverpoolu. To Blitzen Trapper we własnej postaci. W zasadzie nie wiadomo czy potępiać naśladownictwo, czy wychwalać pod niebiosa ich kunszt. Tak czy inaczej ci młodzi amerykanie, jak chyba nikt przed nimi, dotknęli tu magii The Beatles. Utwór „Destroyer of the Void” to najjaskrawszy przejaw fascynacji „żuczkami” (pewnie przez tę progresywną budowę), ale duch wielkiej czwórki jest obecny niemal w każdym fragmencie tej płyty. Nie myślcie jednak, że mam na myśli bezmyślne zrzynanie. Blitzen Trapper są bowiem przesiąknięci Ameryką i słychać to w każdej zagranej przez nich nucie. Zetem nawet przez chwile nie poczujemy się jak w dzielnicy przemysłowej angielskiego miasteczka. To jednak wciąż muzyka otwartych przestrzeni. Och, dajmy już zresztą spokój Beatlesom, bo słyszalnych fascynacji jest tu więcej. Mam na myśli przede wszystkim Boba Dylana, który dla Blitzen Trapper jest chyba największym guru. W zasadzie takie utwory, jak „Below the Hurricane” czy „The Tailor” mogłyby się znaleźć w repertuarze tego największego amerykańskiego barda. Z kolei „The Tree” pasowałoby na którąś ze spokojniejszych płyt Neila Younga (np. „Harvest”), a nieco bardziej luzackie „Evening Star” może wywoływać skojarzenia z Tomem Pettym. Nie martwcie się jednak, Blitzen Trapper dają też dużo od siebie. Najważniejszym elementem jest z pewnością talent kompozytorski. Nie ma tu wypełniaczy, nie ma nawet średniaków. Są tylko te numery, które ujmują od razu („Heaven and Earth”, „Destroyer of the Void”, „Lover Leave Me Drowning”, „Love and Hate”) i te, którym należy dać trochę więcej czasu („The Tailor”, „The Tree”).

Blitzen Trapper z pewnością nie zawodzą pokładanych w nich nadziei. Ta muzyka ma duszę, a o to dziś trudno. W zasadzie jedynym minusem tej płyty są te, często nazbyt oczywiste, nawiązania do innych artystów. Z drugiej strony – czy można kogoś ganić za fascynację Johnem Lennonem lub Bobem Dylanem?!

Ocena: 8/10

Próbka:

(Paweł D.)

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Knives Out! - Rough Cuts EP (2010)

Założę się o duże piwo, że jeśli nie słuchaliście czerwcowych audycji z cyklu Dom Wariatów, to nazwa Knives Out! niewiele wam mówi (nie, nie chodzi o piosenkę Radiohead!). No, chyba że jesteście wiernymi fanami Hellyeah, Nothingface lub Dog Fashion Disco. Tak się bowiem złożyło, iż muzycy tych całkiem zacnych zespołów postanowili połączyć swoje siły. Oczywiście – pod szyldem Knives Out!

Pełnowymiarowa płyta tego projektu zapowiadana jest na koniec 2010 roku. „Rough Cuts EP” to chyba taka sonda, która ma zbadać grunt. Cztery utwory, które odsłaniają dosyć dużo. Przede wszystkim już wiadomo, że Knives Out! to zespół o wielu twarzach. Bywa ostro i z wykopem („Surrounded by Demons”), ale na wpadające w ucho refreny też starczyło miejsca (przede wszystkim „Eat Your Heart Out”). Dla mnie najważniejszą postacią jest tu oczywiście wokalista - Todd Smith. Tak, tak, tęsknię za Dog Fashion Disco, dlatego oczywistym jest, że Knives Out! potraktowałem trochę jako substytut macierzystej kapeli Smitha. Czy słuszne było moje nastawienie? Nie do końca. Knives Out! to jednak trochę inna bajka. Dog Fashion Disco bywało ciężkie, ale (przynajmniej w ostatniej fazie działalności) skupiało się na zabawie konwencjami, na kombinowaniu. Knives Out! prezentuje muzykę prostszą i cięższą. Poza tym mają zupełnie inny image… wiecie, tacy trochę twardziele (ciekawe na ile poważnie to traktują?). Wydaje mi się jednak, że „Roug Cuts EP” pokazuje, że stać ich na dużo. Chociaż nikt tu koła nie wynalazł, to i tak słucha się tego z przyjemnością. Jest solidnie. Kto wie, jeśli zapowiadany na zimę „All American Killer” będzie jeszcze trochę lepszy, to może być naprawdę ciekawie.

Ocena: 7/10

Próbka:
Eat Your Heart Out (audio - teledysku się jeszcze nie dorobili)

(Paweł D.)

sobota, 7 sierpnia 2010

Nonpoint - Miracle (2010)

Dziwna sprawa z tą płytą. Krytyka nie zostawia na niej suchej nitki, zewsząd dają się słyszeć głosy niezadowolonych fanów, a jednak… sprzedaje się lepiej niż jakakolwiek płyta Nonpoint do tej pory. I to mimo jakiejś dużej kampanii medialnej i ze stosunkowo słabym singlem pilotującym album. Hmm… tytuł zobowiązuje – cud jak się patrzy.

Mnie nie interesują jednak liczby, tylko muzyka… a ta nie zachwyca. Nonpoint jakby stracili pazur. A może chodzi o odejście gitarzysty Andrew Goldmana? Zastępujący go Zach Broderick nie prezentuje się jako wybitny wioślarz. Co prawda z przeróbką „5 Minutes Alone” Pantery jakoś sobie radzi, ale świętej pamięci Dimebagowi mógłby co jedynie buty czyścić. Nie czepiam się jednak chłopaka. W zespole jest tym nowym, więc pewnie musi się dostosować, a nudne partie gitarowe to zaledwie jeden z problemów „Miracle”. Zawiodła chyba ogólna koncepcja, czy może raczej jej brak. Poszczególnych utworów da się słuchać, ale razem nie tworzą wcale lepszej całości. Taki zbiór średniaków. Chyba nawet z doborem singli musieli mieć problem. Powodem, dla którego na pierwszy ogień poszedł kawałek tytułowy, był chyba gościnny występ Chada Graya (Mudvayne, Hellyeah). Także drugi utwór promujący płytę – „Frontines” – to żadna rewelacja. Taka przeciętna nu metalowa balladka z banalnym refrenem.

W ogóle jakoś za mało tu agresji i energii. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trochę nabruździł duet producencki, w skład którego weszli Greg Tribbett i wspomniany już Chad Gray. Panowie z Mudvayna jakoś przemycili tu ducha swojej macierzystej kapeli, co „Miracle” wcale na zdrowie nie wyszło. Dla drugoligowej kapeli, takiej jak Nonpoint, pozwolić sobie na utratę charakteru, to jak wykonać egzekucję na własnej przyszłości. Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowy dołek.

Ocena: 4/10

Próbka:
Miracle (video)

Paweł D.

piątek, 6 sierpnia 2010

Cathedral – The Guessing Game (2010)

Wiosna roku pańskiego 2010 była wyjątkowo zimna. Nasz kraj, przeważnie szary i ponury, stał się miejscem jeszcze bardziej przygnębiającym i pełnym mroku. Te dni czarne i smutne musiały zwiastować coś niezwykłego… czy mogło chodzić o powrót Cathedral?

Wybaczcie ten nieco ironiczny wstęp, ale jak tu się powstrzymać, kiedy mowa o twórcach doom metalu – czyli ostoi pesymistów i ponuraków (do których to niżej podpisany niewątpliwie się zalicza). Na nowy materiał zespołu Lee Doriana przyszło nam czekać aż pięć lat. Sporo, ale za to jak już się zabrali za nagrywanie, to stworzyli album dwupłytowy i - co ważniejsze - album bardzo ciekawy.

„The Guessing Game” to dowód na to, że Cathedral, mimo dwudziestu lat w branży, wciąż są zespołem poszukującym. To nie jest rasowa płyta doom metalowa (chociaż o klimat oczywiście dbają). W zasadzie pomysłów jest tu na tyle dużo, że trudno jest włożyć ten album do jakiejś szufladki. Rock progresywny, art rock, hard rock, muzyka alternatywna… to zbyt ogólnie. Musimy chyba rozebrać „The Guessing Game” na jeszcze mniejsze części. Zaczyna się od gotyckiego, nieco kiczowatego wstępu i… płaczu dziecka (czyli jak na doomowców przystało). „Funeral of Dreams” to już jednak skomplikowana mikstura: trochę melorecytacji, odrobina melodii i zasmażka z ciężkiego łojenia. Kojarzy mi się to trochę z Pain of Salvation z okresu „Scarsick”. Trzeci na płycie „Painting In the Dark” brzmi przy tym jak stary, surowy heavy metal. „Death of an Anarchist” zaczyna się natomiast od akustycznego wstępu… ale to tylko zmyłka – później wchodzą naprawdę ciężkie gitary i robi się bardzo swojsko i (nie)przyjemnie. Rewelacyjnie wypada też instrumentalny utwór tytułowy. Cathedral przenoszą nas tu w lata 70. Jest pięknie i delikatnie, ale tylko przez chwilę... W “Edwige’s Eyes” wraca ciężar i złowieszcza aura. A kiedy już można się łudzić, że zrobi się bardziej typowo, nadchodzi „Cats, Incense, Candles, Wine” – bez wątpienia największe zaskoczenie na płycie. Misz masz niczym Mr. Bungle - trochę funkowego basu i jazzującej perkusji, ale także trochę gitary akustycznej i potężniejszej gitary elektrycznej… nawet beztroskie pogwizdywania Lee Doriana mamy. Hmm… i to tylko zawartość pierwszej płyty. Druga część albumu “The Guessing Game” jest już nieco bardziej zachowawcza i metalowa… chociaż i tu mamy pewne niespodzianki. Chodzi mi przede wszystkim o „Journeys Into Jade”, w którym to Lee Dorian przedstawia historię Cathedral. Trzeba jednak zauważyć, że robi to niczym MC drugiej kategorii. Tak, tak… Panie, Panowie, oto właśnie doom-rap.

Słowo, które najlepiej oddaje ducha „The Guessing Game”, to różnorodność. I jest to zarówno największy atut, jak i największe przekleństwo tego materiału. Pomysłów jest tu dużo, i (przynajmniej w moim mniemaniu) są dobre. Nie zapominajmy jednak o uczuciach ortodoksyjnych doom-metalowców, którzy mogą być nieco zawiedzeni. Co prawda i oni znajdą tu coś dla siebie (jak chociażby dziesięciominutowy „Requiem For The Voiceless”), ale są momenty, których mogą nie strawić („Cats, Incense, Candles, Wine”). Druga sprawa, to sam Lee Dorian, który jest świetnym wokalistą, kiedy idzie o metalowe zrzędzenie… tyle, że tu często wychodzi poza ten obszar, a tym samym obnaża swoje ograniczenia wokalne. Trudno nie zwrócić na to uwagi, chociaż ja nie odczułem z tego powodu większego dyskomfortu.

Podsumowując, „The Guessing Game” nie jest płytą, która rzuca na kolana, ale jest lepsza niż się spodziewałem, że będzie. Nie wiem jak wy, ale ja lubię pozytywne zaskoczenia (stąd ta piękna ósemka pod recenzją).

Ocena: 8/10

Próbka:
ALBUM TEASER (czyli wszystkiego po trochu)

(Paweł D.)

czwartek, 5 sierpnia 2010

Coheed & Cambria – Year of the Black Rainbow (2010)

Coheed & Cambria mieli swoje pięć minut, kiedy to na rynek trafił album “Good Apollo, I'm Burning Star IV, Volume One: From Fear Through the Eyes of Madness”. Pamiętam, że pod ich adresem padały wtedy różne komplementy – następcy Rush i odnowiciele progresywnego rocka to tylko te najczęściej spotykane. Poza tym liczby nie kłamią – milion sprzedanych płyt to już coś. Z pewnością duża była w tym zasługa utworu „Welcome Home”, który okazał się sporym przebojem i wprowadził zespół Coheed & Cambria pod strzechy.

Wydaje mi się, że Claudio Sanchez i koledzy cały czas pamiętają ten piękny rok 2005 i nie mogą pogodzić się z tym, że nie jest tak łatwo pozostać w świetle reflektorów… zwłaszcza, kiedy jest się zamkniętym w szufladzie „rock progresywny”. Chyba zatem całkiem świadomie odchodzą od estetyki, w której funkcjonowali do tej pory. Na „Year of the Black Rainbow” wszystko jest mniej progresywne (w szerokim tego słowa znaczeniu) - począwszy od tytułu, poprzez okładkę, a na muzyce skończywszy. To już w zasadzie taki rock alternatywny, a czasem już nawet słowo „alternatywny” nie pasuje. Bardzo to wszystko melodyjne i wygładzone. Prostsza jest struktura albumu, jak i poszczególnych utworów (wystarczy wspomnieć o tym, że długość większości numerów nie przekracza pięciu minut). Oczywiście, to jeszcze nie grzech, o ile nadal dostajemy kompozycje ciekawe i świeże. Pomysłów tu jednak brakuje. Najgorzej wypadają fragmenty spokojniejsze takie, jak „Far” i „Made Out of Nothing (All That I Am)”, które bezsprzecznie wskazują na komercjalizację zespołu. Akustyczna mruczanka w postaci „Pearl of the Stars” może i jest czymś nowym, ale też wydaje się nieco zbyt przekalkulowana i jakoś mi nie pasuje do tych gości. W cięższej części płyty też jest bez rewelacji. Pozytywniejsze reakcje mogą wzbudzać rozpędzony „World of Lines” i nieco połamany, ale wciąż chwytliwy, „Guns of Summer”. Do mnie zaś najbardziej przemówił utwór „This Shattered Symphony”, chociaż nie jestem w stanie stwierdzić, czy wybija się on ponad – nie bójmy się użyć tego określenia – przeciętną całość.

Nie wiem czy kogoś to interesuje, ale dla formalności dodam, że „Year of the Black Rainbow” to prequel do historii, która została zaprezentowana na poprzednich albumach zespołu… ale właśnie, czy to naprawdę kogoś interesuje? Hmm… z drugiej strony, pewnie jeśli obdarłoby się tę płytę z jej konceptu, to już naprawdę niewiele ciekawych elementów by tu zostało.

Ocena: 5/10

Próbka:
Here We Are Juggernaut (video)

(Paweł D.)

środa, 4 sierpnia 2010

Audycja z 03.08.2010: Druga dziesiątka nu metalu - cz. 1


Temat ciekawy i wdzięczny. Trzeba było przedyskutować to i tamto, dlatego w tej audycji zaprezentowaliśmy pięć albumów. Kolejnych pięć za tydzień.

Audycja z 03.08.2010

Spis utworów:
1. Stupify - Disturbed
2. Down with the Sickness - Disturbed
3. The Blood, the Sweat, The Tears - Machine Head
4. Nothing Left - Machine Head
5. My Ruin - Sevendust
6. Too Close To Hate - Sevendust
7. Southtown - P.O.D
8. Set Your Eyes To Zion - P.O.D
9. Mudshovel - Staind
10. Just Go - Staind

Videoklipy:
P.O.D - Southtown
Machine Head - From This Day

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Broken Bells - Broken Bells (2010)

Był sobie kiedyś taki film „Powrót do Garden State”. Pamiętacie? Młody, niezbyt zdolny aktor jedzie do swojej rodzinnej miejscowości na pogrzeb matki. Przy okazji spotyka swoich przyjaciół z czasów młodości i… a co wam będę szczegóły opowiadać. Wspomnę tylko o jednej ze scen, w której główny bohater wdaje się w rozmowę z nieznajomą dziewczyną (graną przez Natalie Portman). Dialog jest krótki i nieco chaotyczny. W końcu dziewczyna zakłada mu na uszy swoje słuchawki i mówi: „Musisz posłuchać tego jednego utworu – odmieni twoje życie”. Chodzi o numer „New Slang” zespołu The Shins. Niezła piosenka, dobry film, świetna scena, cudowna Natalie.

James Mercer, mając u boku zespół The Shins, odmieniał ludzkie życia od przeszło dekady. Bo trzeba wiedzieć, że James Mercer to serce i dusza wspomnianej kapeli. Chociaż The Shins oficjalnie nie zakończyli działalności, to ich niekwestionowany lider postanowił skręcić sobie coś na boku. Pomysł projektu Broken Bells pojawił się już w 2004 roku, kiedy doszło do spotkania Mercera z artystą znanym powszechnie jako Danger Mouse. Panowie wyrazili chęć współpracy, ale przez kolejne lata zbytnio pochłaniała ich inna działalność. Pod koniec 2009 roku w końcu udało im się wygospodarować odpowiednią ilość czasu. Dziś możemy już zasłuchiwać się w efekcie tej kolaboracji.

Broken Bells brzmi jak… The Shins zremisowane przez Danger Mouse’a. No, może trochę upraszczam, ale naprawdę tylko trochę. Już po pierwszych przesłuchaniach nie miałem wątpliwości co do tego, kto był tu za co odpowiedzialny. Wokal, lekkość, piosenkowe zacięcie to oczywiście Mercer. Warstwa brzmieniowa (w dużej części przesiąknięta elektroniką) to oczywiście Danger Mouse. Czyli dostajemy to, czego należało się spodziewać. A czy jest to dobre? Myślę, że całkiem niezłe. Miłośnikom twórczości The Shins najbardziej powinny spodobać się takie numery jak „Vaporize” czy „October”, którym chyba najbliżej do tego, co James Mercer robi w swoim głównym projekcie. Nie mniej udane są singlowe „The High Road” i „Ghost Inside”, w których z kolei słychać, że panowie wiedzą dokładnie, jakie brzmienia królują obecnie na scenie „indie”. Warto wspomnieć też o kończącym płytę „The Mall & Misery” (też kojarzy się wam to z Modest Mouse?). Materiał zawarty na płycie jest zresztą w miarę wyrównany. Danger Mouse otworzył głowę Jamesa Mercera i trochę naoliwił mu trybiki. Broken Bells nie jest tak proste i archaiczne jak The Shins. Tylko, że ta niedzisiejszość starego zespołu Mercera była naprawdę ujmująca. Broken Bells nie ma tego uroku. Nadal jednak jest to projekt, z którym warto się zapoznać. Nie zrażajcie się też przy pierwszym przesłuchaniu – to jedna z tych płyt, które przegryzają się w miarę wolno i wraz z upływem czasu dostarczają nam więcej radości.

Ocena: 6/10

Próbka:
The High Road (video)

(Paweł D.)