czwartek, 3 lutego 2011

The White Lies - Ritual (2011)

Wiem, każdy z was słyszał o tym już tysiące razy. Nie mniej jednak, pisząc o płycie "Ritual" trzeba to hasło powtórzyć - syndrom drugiej płyty. Zwykło się mówić, że zespoły, których debiutanckie albumy okazały się dużym sukcesem, później mają ciężkie życie. Bo te ogromne oczekiwania, bo te wielkie ambicje, bo upadek z wysoka bardziej boli... No, ale bez przesady - czemuż to mam się użalać nad zespołem, który w ciągu trzech ostatnich lat osiągnął sukces, o jakim większość kapel może tylko marzyć. Magazyn 'Q' ogłosił ich najlepszym nowym zespołem 2009 roku. W tej samej kategorii byli też nominowani przez "NME". No i jeszcze nagroda od "Mojo" i debiut na pierwszym miejscu brytyjskich list sprzedaży. Prawie zapomniałbym o porównaniach do Joy Division, które przecież też należy uznać za wyróżnienie. Tak. "To Lose My Life..." był niewątpliwym sukcesem. Chociaż, czy można to wszystko traktować aż tak serio? W końcu Anglicy co krok znajdują "najlepszy zespół świata". Przyznaję jednak - debiutancka płyta The White Lies (po kilku nieudanych podejściach) spodobała mi się, a utwór "Farwell to the Fairground" do tej pory uznaję za jeden z lepszych singli 2009 roku.

Konkluzja mojego przydługiego wywodu jest taka, że nie spodziewałem się po "Ritual" nie wiadomo czego, ale... czegoś tam się spodziewałem. Przede wszystkim liczyłem na rozwój. A może też na jakiś mały bunt? Nic takiego jednak nie nastąpiło. Największym minusem nowego dzieła Brytyjczyków jest właśnie fakt, że zawiera materiał - przynajmniej jak na moje ucho - bardzo zachowawczy. Nadal mamy do czynienia z taką mroczniejszą odmianą indie rocka. Z czego większość tego "mroku" bierze się z głosu Harry'ego McVeigha i z oczywistych skojarzeń, jakie ów budzi. Całość jest jednak odpowiednio lekkostrawna. Efekt ostateczny? "Ritual" szybciej znajdzie zwolenników wśród fanów takich zespołów, jak Interpol czy Editors niż pomiędzy ortodoksyjnymi wielbicieli Iana Curtisa.

Szczerze? Ta płyta budzi u mnie dziwne reakcje. Mózg podpowiada mi, że jest to rzecz dobra. Słucham takich utworów, jak "Is Love", "Streetlights" czy "Bad Love" i myślę: jest git! Coś jednak każe mi zrzędzić. Zatem... album równy, ale nie porywający. Łatwo przyswajalny, ale daleki od zabójczej przebojowości. Klimatyczny, ale nie wywołujący dreszczy na plecach. Słowem - jak na potencjalną gwiazdę, trochę za słabo. Inna sprawa, że szczypta reklamy zrobi swoje i pewnie sprzedawać się to będzie jak świeże bułeczki.

Ocena: 6/10

Próbka:
Bigger Than Us (video)

(Paweł D.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz