Nie wiem, jak liczną rzeszę fanów ma w naszym kraju zespół Cake, ale jedno jest pewne – najgłośniejszy powrót 2011 roku to nie będzie. Myślę, że część osób mogła już zapomnieć, że taki zespół w ogóle istniał. Cóż, wielkimi gwiazdami nigdy nie byli, a ostatnią płytę wydali w 2004 r. Czyli dawno.Co się zmieniło przez te 7 lat? Rewolucji nie było. Przynajmniej według mnie, bo frontman grupy John McCrea jest innego zdania i twierdzi, że „Showroom of Compassion” to „coś zupełnie nowego”. Tak? Hmm… nadal mamy tu proste piosenki. Nadal jest ten funkowy „flow”. Są dęciaki. Jest wysunięty bas. Cake, jak się patrzy. A zmiany? No, coś tam nowego jest… a może raczej starego. Bo wydaje mi się, że chłopaki z Sacramento zaczęli brzmieć trochę… archaicznie. Nie odbierajcie tego jako zarzut! Wolicie słowo „klasycznie”? Niech i tak będzie. W „Federal Funding” pojawiają się nawiązania do rocka psychodelicznego. Klawisze w „Got to Move” jakby też postarzają im brzmienie. „Mustache Man (Wasted)” to już powrót do klasycznych funkowych wzorców. Może zaskakiwać także instrumentalne „Teenage Pregnancy”, do którego wprowadza nas… zupełnie zwyczajne pianino. Czy to znowu takie ekstrawaganckie? Raczej nie. Zwłaszcza, że Cake zachowali jednak swojego ducha.
Bez dwóch zdań „Showroom of Compassion” to płyta… sympatyczna. No, to określenie chyba nie powinno nikogo dziwić. Tacy są właśnie Cake. Nagrywają rzeczy, których słucha się przyjemnie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że takie „Easy to Crash” czy „Mustache Man (Wasted)” to fajne numery. Może komuś spodoba się pubowe „Bound Away”, a komuś innemu sentymentalne „The Winter”? Ale czy ktoś powie, że ten album „zabija”? Myślę, że jednak nie.
Ocena: 5/10
Próbka:
Sick of You (video)
(Paweł D.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz