Magia. To słowo najlepiej charakteryzuje dokonania Billy’ego Corgana. Zaznaczmy jednak – chodzi tu o twórczość Łysego sprzed ponad dekady. W nowym tysiącleciu gdzieś się ta niezwykła aura rozproszyła. Coś się popsuło i ambitny Billy, chociaż bardzo się stara, to nie potrafi pozbierać tych bajkowych nici i utkać z nich muzyki ujmującej i poruszającej. Nie ma zresztą sensu bawić się w przenośnie, bo facet nie jest nawet w stanie zebrać na dłużej jednej grupy muzyków i uczynić z nich zespołu. Dziś The Smashing Pumkins to zbiór, w którym jest tylko jeden element. To jakieś nie do końca spełnione marzenie Corgana. To ściema. I w muzyce ten brak autentyzmu jest niestety słyszalny. Chociaż… jeszcze kilka miesięcy temu byłem w stanie uwierzyć, że gdzieś na końcu tunelu widać światło. Chodzi o pierwszą część „Teargarden by Kaleidoscope”, a dokładniej o najważniejszy utwór tego mini-albumu, czyli „A Song for a Sailor”. Podszyty wspomnieniem Led Zeppelin, uduchowiony, niemal natchniony. Nie wybitny, ale z pewnością bardzo dobry. To być może najbardziej epicka rzecz, jaką udało się stworzyć Billy’emu od paru ładnych lat. I pomyślałem wtedy, że może się chłopak przełamał – może znów zacznie nas zachwycać. Tak więc czekałem… Corgan pozwalał na odsłuchiwanie swoich kolejnych utworów, ale… byłem cierpliwy. Czekałem, aż „Teargarden by Kaleidoscope, Vol.2: The Solstice Bare” będzie kompletne. I jest. Okazało się jednak, że padłem ofiarą samonakręcającej się spirali swojej własnej niecierpliwości. Bo, piszę to ze smutkiem, nie było na co czekać.Zaczyna się może i intrygująco. Elektronika wciśnięta do „The Fellowship” jest, jak na Corgana, zabiegiem dosyć oryginalnym. Co z tego? To tylko nic nieznaczący smaczek. Rdzeń utworu jest bowiem chybotliwy, nieostry – pioseneczka, ot i tyle. W zasadzie to samo tyczy się „Freak U.S.A.”, które przywodzi mi na myśl to, co Billy robił wraz z zespołem Zwan. Takie pozytywne wibracje, ale bez większej mocy. Idziemy dalej. „Tom Tom”? W zasadzie… znów to samo. Utwór, jak ich wiele. Refren na poziome średniej amerykańskiego rocka alternatywnego. Czyli – poniżej oczekiwań. Z całego zestawu najlepiej wypada zamykający tę EP-kę „Spangled”. Zwrotka trochę w stylu The Beatles, a refren… trochę w stylu starego dobrego The Smashing Pumpkins. Całkiem przyjemne dwie i pół minuty. Urocze to i miłosne, ale czy może zaspokoić kogoś, kto wychował się na „Siamese Dream”? Nie. To jednak za mało.
Tak więc rozmyślam sobie o przeszłości i przyszłości, i powtarzam w myślach – nie czekaj już, nie czekaj… a że serce wciąż naiwnie czeka? Cóż poradzić… to ta magia.
Ocena: 4/10
Próbka:
Spangled (live)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz