czwartek, 16 grudnia 2010

Alain Johannes – Spark (2010)

Alain Johannes to facet niezwykle ceniony w świecie rocka. To multiinstrumentalista, kompozytor, a nawet producent. Współpracował z prawdziwymi sławami. Niech wspomnę tylko Queens Of The Stone Age, Chrisa Cornella, Marka Lanegana czy w końcu Brody Dale. Nie zdziwię się jednak, jeśli nazwisko tego Pana gdzieś wam umknęło. Alain Johannes jest bowiem mistrzem drugiego planu, a jego popularność z pewnością nie dorównuje szacunkowi, jakim cieszy się wśród innych muzyków. Cóż, widocznie sława nie jest dla niego najważniejsza. Ale czemu zatem po 25 latach w branży w końcu zdecydował się na wydanie albumu solowego? Niestety geneza płyty „Spark” nie jest najweselsza. W lutym 2008 roku w wyniku choroby nowotworowej zmarła Natasha Shneider – wokalistka, która wraz z Alainem Johannesem i Jackiem Ironsem w roku 1990 stworzyła grupę Eleven. Zespół ten był zresztą najważniejszym projektem zarówno dla Alaina, jak i dla niej. Byli przyjaciółmi i partnerami – zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.

„Spark” jest zatem muzycznym hołdem – tribute albumem, jeśli wolicie tę obco brzmiącą nazwę. I ten fakt bezwzględnie przekłada się na jego charakter. Przede wszystkim niepodzielnie królują tu brzmienia akustyczne. Perkusji w zasadzie nie ma – raz na ruski rok coś tam stuknie w tle. Zdziwi się jednak ten, kto spodziewa się nudy od strony aranżacyjnej. Alain potrafi zrobić z gitarą naprawdę sporo. I brzmi to intrygująco. Oczywiście, słychać tu echa Eleven, ale mi od pierwszej chwili, w której usłyszałem „Spark”, po głowie zaczęło hasać jedno skojarzenie – „Euphoria Morning”. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ miał Johannes na powstanie debiutanckiej płyty Chrisa Cornella. „Spark” różni się od wspomnianego wydawnictwa kilkoma szczegółami – ta płyta jest nieco trudniejsza w odbiorze, krótsza… no i głosu Cornella tu nie ma. Słysząc jednak takie numery, jak „Gentle Ghost”, „Endless Eyes” czy „Make God Jealous” trudno nie odczuć tych samych wibracji, jakie niosło ze sobą „Euphoria Morning”. I mnie się to podoba. Skoro już tak wyciągamy tych ważnych amerykańskich songwriterów, to wypada zauważyć, że i fani Marka Lanegana znajdą tu coś dla siebie (posłuchajmy chociażby tego leniwego i nieco depresyjnego „Speechless”).

Szkoda, że płyta ta powstała w takich smutnych okolicznościach. Faktem jest jednak, że albumy tworzone w wyjątkowym bólu przynoszą nam czasem muzykę piękną i unikalną, czego najświetniejszym przykładem jest chyba projekt Temple Of The Dog. „Spark” nie jest dziełem tego formatu, ale to zbiór piosenek szczerych i bardzo… organicznych. Wiem, że część z was uzna, że to słowo w świecie muzyki nie ma w zasadzie znaczenia, ale… jakoś wyjątkowo pasuje mi do tego, co zaprezentował Johannes. Bo to nie są najsmutniejsze piosenki na ziemi, to nie są jakieś mroczne wyziewy, to nie jest muzyczny obraz depresji. To po prostu ładny, subtelny album. Bez niepotrzebnego patosu i głupich ambicji.

Ocena: 7/10

Próbka:
Endless Eyes (audio)

(Paweł D.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz