Jedno muszę przyznać Kings Of Leon - to zespół, który nie przestaje mnie zaskakiwać. Pamiętam, kiedy z chłopaków, którym słoma z butów wystawała, zamienili się w rockowych buntowników. Później z zarośniętych, niedbających o siebie rockmanów przeistoczyli się w ulubieńców nastolatek. Nagle jakby wyładnieli i złagodnieli. A teraz… niby nic się nie zmieniło, ale jednak… jest inaczej.Cóż, Kings Of Leon tym razem startują z zupełnie innego pułapu. Album „Only By The Night”, a przede wszystkim singiel „Sex on Fire”, uczyniły z czterech chłopaków z Tennessee gwiazdy dużego formatu. W związku z tym na „Come Around Sundown” czekało wiele osób. Taka presja może być motywująca, ale może również okazać się deprymująca. Do tego bracia Followill nie słyną z silnych charakterów, a nawet uchodzą za sztandarowy przykład tego, jak sława może uderzyć do głowy. Mogło być zatem różnie. Na szczęście jest dobrze. „Come Around Sundown” nie wydaje się bowiem albumem zrobionym na siłę, na którym wszystko skupione jest wokół poszukiwań następcy „Sex on Fire”, ale nie możemy też mówić o jakiejś volcie w zupełnie nowym kierunku. Muzycznie Kings Of Leon są tu raczej konsekwentni i dalej badają terytoria, których eksploracja zaczęła się na „Only By The Night”. Czyli, jak można się było spodziewać, nie jest tak hałaśliwie, jak w początkach kariery Followillów. Mniej surowości, za cenę ciekawszych aranżacji i większej przystępności. Efekt? Tym, którym przypadło do gustu „Only By The Night”, także „Come Around Sundown” powinno się spodobać. Chociaż, te płyty są dal mnie trochę jak dwie strony tej samej monety. Podobne, a jednak skrajnie odmienne. Paradoks? W pewnym sensie tak. Otóż z „Only By The Night” wiało chłodem. Od pierwszych dźwięków „Closer” mieliśmy do czynienia z czymś zimnym, może nawet nieco mrocznym. O ile tamta płyta mogła być ścieżką dźwiękową grudniowych, bądź styczniowych nocy, o tyle „Come Around Sundown” to płyta, która w jesienne wieczory będzie dla was powiewem letnich dni. Tak. Ta płyta ma zupełnie odmienny klimat! Spójrzcie na tę okładkę. Już dawno nie spotkałem się z wydawnictwem, którego tytuł i oprawa graficzna tak idealnie współgrałyby z zawartością muzyczną!
Epitetem, który w najlepszym stopniu oddaje charakter albumu „Come Around Sundown”, jest słowo: ciepły. Jaki jeszcze? Z pewnością nieco sentymentalny. Jak sami wskazują w tytule jednej z piosenek – wracają na południe. I to słychać niemal we wszystkich utworach z tej płyty. Są nawiązania do southern rocka, są i do country. W „Back Down South” usłyszymy skrzypce, jakby rodem z jakiegoś westernu wyciągnięte, w „Mary” gitara zejdzie w rejony bluesowe, a wplecione gdzie nie gdzie instrumenty klawiszowe są tak wykorzystane, aby dodatkowo dodać tej muzyce słońca. No i teksty… If you give up New York, I’ll give you Tennessee, the only place to be (“The Face”); Just drink the water where you came from, where you came from (“Radioactive”). Hmm… może ja przesadzam lub dopuszczam się nadinterpretacji, ale coś mi się zdaje, że Kings Of Leon trochę się zmęczyli tym szalonym życiem gwiazd i zatęsknili za czasami, kiedy byli tylko prostymi synami pastora. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że wiąże się to z dostarczeniem do rąk słuchaczy naprawdę fajnego albumu. Czy są tu potencjalne przeboje? Cóż… nie wiem. Nie uważam Kings Of Leon za wybitnych kompozytorów, ale „Come Around Sundown” bez wątpienia zawiera sporo przyjemnych utworów, że wspomnę tylko „Pony Up”, „Pickup Truck” czy „The Immortals”. Chociaż… czy akurat te pozycje są najlepsze? No zabijcie mnie! Nie umiem tego ocenić! Jedno wiem – to materiał spójny, którego najlepiej słucha się jednak w całości. Bo nie o fajerwerki tu chodzi, ale o (powtórzę to raz jeszcze) klimat.
Ocena: 7/10
Próbka:
Radioactive (video)
(Paweł D.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz