piątek, 3 września 2010

Toadies - Feeler (2010)

Wierni fani Toadies (jeśli tacy istnieją) musieli czekać na ten album całe… dwanaście lat! To stwierdzenie jest może nieco przewrotne, bo zespół wydał w tym czasie dwie płyty studyjne, ale faktem jest, że „Feeler” to w zamierzeniu następca dosyć popularnego „Rubberneck” z 1994 roku. Otóż w połowie lat 90., po sukcesie singla „The Possum Kingdom”, Toadies postanowili wykorzystać swoje pięć minut chwały i ruszyli na długą trasę koncertową. W 1997 roku znów weszli do studia, nagrali swój album numer dwa. Z nowym materiałem, pełni ekscytacji, pobiegli do swoich wydawców – firmy Interscope, a ci… odrzucili ten projekt. Dlaczego „Feeler” się nie spodobał? Trudno stwierdzić. Może chodziło o to, że moda się zmieniła, a może o to, że nie były to piosenki wystarczająco dobre. Ostatecznie chyba nawet sam zespół nie był do końca przekonany do tej muzyki, bo na długi czas większość nagranego wtedy materiału poszła w zapomnienie (trzy utwory trafiły na album „Hell Below/Stars Above”).

W 2008 roku Toadies, po kilkuletniej przerwie w działalności, powrócili nadspodziewanie dobrym albumem „No Deliverance”, wydanym już przez nowego wydawcę – Kirtland Records. Dobre przyjęcie nowej płyty, świeża energia i mała wytwórnia płytowa – chyba wszystkie te czynniki sprawiły, że Toadies poczuli, że w końcu przyszedł czas na odkurzenie „Feelera”. Zespołowi nie udało się odzyskać oryginalnych nagrań od firmy Intrscope, więc… postanowili nagrać stare utwory od nowa.

„Feeler”, który trafia w nasze ręce, jest zatem w dużej części wariacją na temat tego, co miało ujrzeć światło dzienne w 1998 roku. Z piętnastu utworów, które miały się znaleźć na pierwotnej wersji albumu, panowie postanowili wybrać tylko dziewięć kompozycji. Album trwa teraz niecałe pół godziny. I słusznie. Ważna jest jakość, a nie ilość. Czy jednak „Feeler” jest rzeczywiście na tyle dobry, że warto go było odgrzebywać? Mam co do tego pewne wątpliwości.

Jest tu jeden numer, który rzeczywiście zrzucił mnie z krzesła. Mowa o „Waterfall”. Sceptycy powiedzą, że to kawałek banalny, ale co mnie to obchodzi – kiedy słucham go w trakcie jazdy samochodem, to staję się zagrożeniem na drodze (ach, to przejście na samym początku!). Toadies generalnie grają w sposób prosty, typowy dla siebie. Lekko zaskakujące może być nieco surowe i do połowy wyłącznie akustyczne „Trust Game”. Oprócz tego uwagę zwracają energetyczny, niemal punkowy, „Dead Boy” i instrumentalny „ATF”. Reszta to… po prostu Toadies w swojej przeciętnej formie.

Dla mnie kontakt z płytą „Feeler” był jednak bardzo przyjemny. Co poradzić? Lubię, kiedy ktoś jest w stanie przenieść mnie w czasie, a wraz z Toadies wracają wspomnienia z połowy lat 90. – lat szczenięcych… wolnych i pełnych pasji. Ach… i jak tu być obiektywnym?

Ocena: 6/10

Próbka:
Feeler (Promo)

(Paweł D.)


1 komentarz: