niedziela, 15 sierpnia 2010

Melvins - The Bride Screamed Murder (2010)

W 2006 roku doszło do wydarzenia niezwykłego – potwór imieniem Melvins pożarł, czy jak kto woli – wchłonął, dwuosobowy zespół znany jako Big Business. Ta swoista fuzja wyszła wszystkim na dobre. Melvins odeszli od eksperymentów, które były ich udziałem na przełomie tysiącleci i nagrali dwie bardzo dobre płyty – „(A) Senile Animal” z 2006 roku i „Nude With Boots” z 2008 roku. Widać, że współpraca układa się owocnie, bo w tym samym składzie (wciąż z dwoma perkusistami) i nie zwalniając tempa, kontynuują swoją bluźnierczą działalność.

Na rynek trafiło niedawno ich nowe dziecko – album „The Bride Screamed Murder” - album od którego, przyznaję, oczekiwałem bardzo wiele. Melvinsów lubię od lat, a ich ostanie dokonania rzuciły mnie na kolana. W końcu znaleźli idealne proporcje pomiędzy ciężarem, szaleństwem i przystępnością (wystarczy rzec, że „Smiling Cobra” z albumu „Nude With Boots” to, moim skromnym zdaniem, jeden z najlepszych metalowych numerów ostatnich lat). Chyba nie byłem osamotniony w moim oczekiwaniu, bo „The Bride Screamed Murder” w pierwszych dniach sprzedaży rozchodził się całkiem przyzwoicie i jako pierwszy album w historii zespołu znalazł się na liście Billboard 200.

Wiem, że King Buzzo to twardy zawodnik, więc nie będę się cackać i zerwę ten plaster szybko. Zawiodłem się. Brzmienie nadal jest rewelacyjne, ale pomysły jakby się zaczęły wyczerpywać. Co z tego wynika? Otóż… znowu skręcamy w kierunku udziwnień i usilnego wsadzania kijków w szprychy machiny komercjalizacji. Utwory są trudne do zapamiętania, a czasem nawet męczące. Zdarzają się wyjątki, jak chociażby całkiem przyzwoite „Pig House” i „Electric Flower”, ale… to jeszcze za mało. Riffy, które nakręcały ostatnie albumy, tu jakoś się rozmywają i tracą na wyrazistości. Weźmy taki „The Water Glass”, który zaczyna się potężnie, tylko po to, aby za chwilę przeistoczyć się w... jakieś dziwactwo – Buzz skandujący głupie hasła przy akompaniamencie bębnów. Takich udziwnień jest tu sporo i nie zawsze są najwyższych lotów. Rozczarowywać może przeróbka „My Generation”, która w wykonaniu Melvins jest po prostu wolna i nudna.

„The Bride Screamed Murder” to przede wszystkim płyta dla wiernych fanów, którzy są w stanie słuchać Melvins dla samej przyjemności obcowania z ich niepowtarzalnym brzmieniem. Laicy mogą kompletnie nie zrozumieć tego, co ma tu miejsce.

Ocena: 5/10

Próbka:
Pig House/Electric Flower (live)

(Paweł D.)

1 komentarz:

  1. JjIiMm:
    Właśnie... trochę słabo się prezentuje ten Ich nowy album. "my generation" mnie osobiście przypadł do gustu. Nie ma to jak "Heater Moves And Eyes"... Ale kawałki The Melvins albo uwielbiam albo za jakimś nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń