Wyczytałem gdzieś, że Blitzen Trapper tworzą eksperymentalny folk. Niech i tak będzie. Jakoś trzeba ich sklasyfikować, chociaż ja po albumie „Furr” z 2008 roku nazywałem ich po prostu „jedną z najbardziej obiecujących rockowych kapel ostatnich lat”, między innymi dlatego, że ich muzyka nie była wcale łatwa do kategoryzacji. Ich najnowsze dzieło „Destroyer of the Void” wcale sprawy nie ułatwia, a raczej jeszcze ją komplikuje.Rozpoczyna się jakoś tak... znajomo. Powtórka z ostatniego albumu? Nie. To coś innego. Jakby... powtórka z „Sierżanta Pieprza”! Nie dajcie się zwieść. Utwór tytułowy nie pochodzi z zagubionych archiwów wielkiej czwórki z Liverpoolu. To Blitzen Trapper we własnej postaci. W zasadzie nie wiadomo czy potępiać naśladownictwo, czy wychwalać pod niebiosa ich kunszt. Tak czy inaczej ci młodzi amerykanie, jak chyba nikt przed nimi, dotknęli tu magii The Beatles. Utwór „Destroyer of the Void” to najjaskrawszy przejaw fascynacji „żuczkami” (pewnie przez tę progresywną budowę), ale duch wielkiej czwórki jest obecny niemal w każdym fragmencie tej płyty. Nie myślcie jednak, że mam na myśli bezmyślne zrzynanie. Blitzen Trapper są bowiem przesiąknięci Ameryką i słychać to w każdej zagranej przez nich nucie. Zetem nawet przez chwile nie poczujemy się jak w dzielnicy przemysłowej angielskiego miasteczka. To jednak wciąż muzyka otwartych przestrzeni. Och, dajmy już zresztą spokój Beatlesom, bo słyszalnych fascynacji jest tu więcej. Mam na myśli przede wszystkim Boba Dylana, który dla Blitzen Trapper jest chyba największym guru. W zasadzie takie utwory, jak „Below the Hurricane” czy „The Tailor” mogłyby się znaleźć w repertuarze tego największego amerykańskiego barda. Z kolei „The Tree” pasowałoby na którąś ze spokojniejszych płyt Neila Younga (np. „Harvest”), a nieco bardziej luzackie „Evening Star” może wywoływać skojarzenia z Tomem Pettym. Nie martwcie się jednak, Blitzen Trapper dają też dużo od siebie. Najważniejszym elementem jest z pewnością talent kompozytorski. Nie ma tu wypełniaczy, nie ma nawet średniaków. Są tylko te numery, które ujmują od razu („Heaven and Earth”, „Destroyer of the Void”, „Lover Leave Me Drowning”, „Love and Hate”) i te, którym należy dać trochę więcej czasu („The Tailor”, „The Tree”).
Blitzen Trapper z pewnością nie zawodzą pokładanych w nich nadziei. Ta muzyka ma duszę, a o to dziś trudno. W zasadzie jedynym minusem tej płyty są te, często nazbyt oczywiste, nawiązania do innych artystów. Z drugiej strony – czy można kogoś ganić za fascynację Johnem Lennonem lub Bobem Dylanem?!
Ocena: 8/10
Próbka:
(Paweł D.)
Ej, fajni, fajni są. Nie zrobicie jakiejś audycji z nimi kiedyś?
OdpowiedzUsuńSZ
Ja jestem na tak:) Będę lobbować na ich korzyść:) (Paweł D.)
OdpowiedzUsuń