Indie to jedno z najważniejszych muzycznych pojęć tej dekady. Indie rock, indie pop, indie imprezy, indie dzieciaki. Ech... pojęcie tak ogólne, że w zasadzie nie wiadomo do końca, co tak właściwie znaczy (bo z „niezależnością” od dawna ma niewiele wspólnego). Kolejny duży worek, do którego na początku tego wieku zaczęło wrzucać się co drugą kapelę. Za kilka lat z tego zbioru będziemy pamiętać tylko pojedyncze zespoły, tylko naprawdę wyjątkowe albumy. Jednym z tych, które z pewnością nie zostaną zapomniane będzie „Funeral” z repertuaru The Arcade Fire. Pierwszy krążek w dyskografii Kanadyjczyków (nie licząc EP-ki z 2003 roku) to było coś pięknego. Oryginalne brzmienie, ciekawy koncept, świetne melodie i niezwykła atmosfera. Pomimo stosunkowo młodego wieku – klasyk.Nie od dziś wiadomo, że w muzyce mocny start może być utrapieniem dla zespołu. Publiczność niechętnie przyjmuje zmiany, krytyka tylko czeka na potknięcie, żeby wylać trochę jadu. The Arcade Fire wyszli z tej potyczki obronną ręką. Ich kolejny album „Neon Bible” przyjął się całkiem nieźle. Chociaż byli i tacy, którzy w ogóle go nie zrozumieli... wśród tych niezadowolonych, kręcących nosami byłem i ja. Do ich najnowszego wydawnictwa podszedłem zatem z pewnym dystansem, ale też z małą szczyptą nadziei na to, że może jednak znów mnie oczarują.
Panie i Panowie, stało się, The Arcade Fire znów władają potężną magią. „The Suburbs” to płyta, która ma kilka elementów wspólnych z fenomenalnym debiutem, ale z pewnością nie można jej odbierać jako próby odtworzenia własnego sukcesu. Podobieństwa sprowadzają się przede wszystkim do tematyki albumu, która ma charakter... powiedzmy... bardzo lokalny. Dziś jest o suburbiach, sześć lat temu było o sąsiedztwie. No, widocznie ta skala mikro bardzo im pasuje. A może po prostu odpowiada im wszystko to, co budzi sentymenty. Bo „The Suburbs” to nic innego, jak sentymentalna podróż w świat dzieciństwa i dorastania. Powrót Wina i Willa Butlerów na przedmieścia Houston, gdzie niegdyś mieszkała ich rodzina. The Arcade Fire oprowadzają nas po starych okolicach, opowiadają stare historie – tęsknią, ale nie rozlewają niepotrzebnych łez. Być może tu tkwi największa różnica pomiędzy „The Suburbs” i „Funeral”. Na nowym albumie czuć pewien dystans, luz. Więcej jest tu pozytywnych dźwięków. Warto zwrócić uwagę także na wokale, które wydają się gładsze... takie... normalne. Bardzo podoba mi się takie podejście. Płytę można zapętlić i słuchać jej godzinami – bez najmniejszych oznak znużenia. Na „The Suburbs” nie ma może utworów, które poruszyłyby mnie tak, jak kilka lat temu zrobiły to „Rebellion (Lies)” czy „Neighborhood #1 (Tunnels)", ale i tu nie brakuje dobrych kompozycji. Wystarczy, że wspomnę takie tytuły jak „Rococo”, „Suburbian Wars”, „Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)"czy tytułowe „The Suburbs”. Jestem jednak przekonany, iż każdy może znaleźć tu własnych faworytów.
Miło widzieć, że The Arcade Fire pewnie kroczą przed siebie, rozwijają się i wciąż mają głowy pełne pomysłów. Nie wiem czy mogą liczyć na kolejny spektakularny sukces, bo czasy się zmieniają, a i efektu nowości brak, ale mój szacunek sobie zapewnili.
Ocena: 8/10
Próbka:
(Paweł D.)
Ciesze mnie, że i takie płyty czasem tu rozrabiają.
OdpowiedzUsuń