środa, 28 lipca 2010

Mike Patton – Mondo Cane (2010)

Michael Allan Patton to taki muzyczny aktor. Widzieliśmy go już w najróżniejszych wcieleniach. Jako frontman Faith No More był wielkoformatową gwiazdą rocka. W Mr. Bungle odgrywał rolę szaleńca, w Fantomasie zaś rolę… niebezpiecznego szaleńca. Prezentował się jako twórca lubiący alternatywę (Tomahawk), a nawet jako twórca, który alternatywę zjada na śniadanie i wypluwa tylko jej poszarpane i na wpół strawione szczątki (Adult Themes for Voice). Tak. Mike Patton. Muzyk opętany.

Czy kogoś zdziwi zatem fakt, że teraz wpadł na pomysł przerobienia włoskich piosenek popowych z lat 50. I 60.? Cóż, ja nie byłem zaskoczony. Biorąc pod uwagę, że ukochana Mike’a pochodzi z kraju pizzy i spaghetti, można zrozumieć te śródziemnomorskie fascynacje.

Przejdźmy do zawartości. Jedenaście piosenek z cyklu „amore Italiano” w wydaniu a la Patton. Brzmi to wcale nie najgorzej. Największa zaleta – Mike śpiewa (przyznacie, że w jego przypadku nie jest to wcale oczywiste). No właśnie. Zapomnijcie o krzykach, piskach… niezidentyfikowanych dźwiękach. To zupełnie inna para kaloszy. „Mondo Cane” jest przyjemne, słodkie, romantyczne i kiczowate. Efekt oczywiście zamierzony. Jeśli wasze mamy były przerażone, kiedy na cały regulator słuchaliście Fantomasa, to teraz macie niepowtarzalną okazję, aby przekonać je do waszego ulubieńca – Szalonego Mike’a. Gwarantuję, że akcja zakończy się powodzeniem, a wasze rodzicielki będą jeszcze do niego wzdychać.

Problem z „Mondo Cane” jest taki, że jest to dzieło zupełnie niepoważne. Pastisz, nawet jeśli zrobiony z rozmachem (Patton zatrudnił całą orkiestrę!), to nadal pastisz. Oczywiście, pojawiają się tu jakieś mocniejsze akcenty, ale są to tylko smaczki. To nie jest płyta rockowa. To nawet nie jest alternatywa, jakiej można by się spodziewać. To po prostu… stary włoski pop. No i właśnie. Amerykanie będą tu czuć przynajmniej smak egzotyki. A Polacy? Nie wiem jak wam, ale mi włoskie piosenki kojarzą się z festiwalami typu Sopot i Opole. Niezbyt miłe skojarzenie. Nie narzekam jednak. Od czasu do czasu zarzucę sobie pewnie „Mondo Cane”, żeby posłuchać takich numerów, jak „L'Uomo Che Non Sapeva Amare”, „20 KM AI Giorno” czy „Deep Down”. W końcu miło czasem przenieść się w czasie i przestrzeni. Włochy połowy XX wieku? Hmm… podróż w sam raz na wakacje.

Ocena: 7/10

Próbka:
Senza Fine (live)

(Paweł D.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz