środa, 28 lipca 2010

Dead Letter Circus – This Is The Warning (2010)

Czego można oczekiwać po grupie, która nie nagrała do tej pory regularnego albumu? Ano, można oczekiwać bardzo dużo. Dead Letter Circus nie mają może na koncie płyty długogrającej, ale nie należy patrzeć na nich, jak na totalnych gołowąsów. W roku 2007 panowie zaprezentowali światu EP, które nazwali po prostu „Dead Letter Circus”. Pamiętam, że wydawnictwo to podsunął mi Sebastian Grabowski z Active Rock Show, który to po prostu rozpływał się nad swoim nowym odkryciem. Przyznaję – Dead Letter Circus robili wrażenie. Rzadko zdarza się spotkać kapelę, która z taką łatwością łączy wpływy progresywne z graniem przystępnym i melodyjnym. Chłopaki brzmieli jak wyjadacze, ale zachowali przy tym młodzieńczą energię. Do tego mieli swój styl i grali bardzo klimatycznie. W pewnym sensie patrzyłem na nich, jak na kapelę, która do pewnego stopnia jest w stanie wypełnić lukę, która wyniknęła z braku aktywności A Perfect Circle. Nic więc dziwnego, że na ich pełnowymiarowy debiut ostrzyłem sobie ząbki.

I co? Rozczarowanie. Do diabła! A tak chciałem, żeby zmietli mnie z powierzchni ziemi! Przejdźmy jednak do szczegółów. Pierwsze utwory z płyty „This Is The Warning” zostały zaprezentowane już w roku 2008. I już wtedy odczułem pewien niepokój. Zwłaszcza utwór „Reaction” wydał mi się jakiś nazbyt wygładzony, brakowało mu klimatu takich numerów, jak „Alien” czy „Are We Closer” z pierwszego EP. Niestety, okazało się, że to nie był tylko jednostkowy przypadek. „Reaction” wyznaczył chyba pewien kurs dla zespołu. Tak, „This Is The Warning” jest lżejsze, bardziej nijakie i po prostu gorsze od debiutanckiego mini albumu. No dobrze, nie chcę pełnić roli plującego jadem kata. Ostatecznie z Dead Letter Circus nie jest jeszcze tak źle. Myślę, że znajdą się osoby, którym „This Is The Warning” przypadnie do gustu. Moim zdaniem najlepiej wypadają tu jednak te numery, w których zespół nie stara się za wszelką cenę przypodobać komercyjnym stacjom radiowym. Do tej grupy należy chociażby „The Drum”, który nie poraża przebojowością, jest długi, ale za to fajnie się rozwija i przypomina o, wspominanych już, progresywnych inspiracjach zespołu. Niezłe są też początek i koniec albumu. Rozpoczyna się bowiem od stosunkowo ciężkiego „Here We Divide”, a kończy… stosunkowo ciężkim utworem tytułowym. Po drodze jest przeważnie średnio… czyli nudno. Zresztą kawałki, o których wspomniałem ostatecznie też do wybitnych nie należą.

Nie rozumiem do końca, co się mogło stać. Może to wina wytwórni? Warner Music pomachał przed nosem plikiem banknotów i tak jakoś samo się to zmiękczyło. No bo gdzie się podział cały klimat? Brzmienie jest ok, ale to za mało. Szkoda, bo wiadomo, że stać ich na więcej.

Ocena: 5/10

Próbka:
One Step (video)

(Paweł D.)

2 komentarze:

  1. Nie mogę się do końca zgodzić z tą recenzją...
    Fakt, kiedy wraca się do ich EPki, ona po prostu miażdży uszy. To zbiór kompozycji, które zarówno razem, jak i osobno potrafią porwać nawet nie obeznanych z tym gatunkiem muzycznym.

    A jak jest z pierwszym longplayem Dead Letter Circus? Jest to z pewnością trudniejsza płyta. W ten materiał trzeba się jednak mocniej wgryźć i nie jest to też muzyka do słuchania w każdych warunkach. Najlepiej wziąć odtwarzacz, słuchawki i wybrać się w jakieś ciekawe, niebanalne wizualnie miejsce. Bo taka jest też ta płyta - malownicza i z wieloma dźwiękami do odkrycia. Odsłuchiwanie pojedynczo kawałków nic nie da, ale wszystkie słuchane razem zbudują całość, niepowtarzalny klimat, do którego chce się wracać.

    W mojej opinii 7/10

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za opinię Boomer - doceniamy aktywność!

    OdpowiedzUsuń