Brant Bjork znany jest przede wszystkim jako perkusista dwóch – być może najważniejszych – stonerowych kapel: Kyussa i Fu Manchu. Należy jednak pamiętać, że współpracował nie tylko z nimi i to nie tylko bębniarz – to multiinstrumentalista, wokalista i producent, który poza obskoczeniem połowy kapel z okolic Palm Springs, regularnie dostarcza nam także swoich solowych dzieł.Jego najnowsza propozycja „Gods & Goddesses” to solidna dawka grania z pogranicza bluesa i rocka psychodelicznego. Pojawiają się tu również, charakterystyczne dla tego artysty, odniesienia do muzyki latynoskiej. Słuchając Branta Bjorka odnoszę wrażenie, że w młodości facet musiał zasłuchiwać się w „Abraxas” Santany . Takie skojarzenia nie są może bardzo nachalne, ale jest tu gdzieś ten sam duch, ten sam luz… te same wibracje.
„Gods & Goddesses” to przede wszystkim klimat. Ludzie, którzy z pustynnym rockiem są za pan brat, odnajdą się tu natychmiast i bez wątpienia będą usatysfakcjonowani. Wydaje mi się jednak, że takie kompozycje jak „Radio Mecca” czy „Porto” mogą przemówić nawet do „stonerowych laików”. Do którejkolwiek z tych grup byście się nie zaliczali, proszę was tylko o jedno – doczekajcie do ostatniego kawałka. Bo to co najlepsze (czyli utwór „Somwhere Some Woman”) Brant Bjork zostawił na koniec. Rewelacyjne zakończenie udanego, acz nie przełomowego, albumu.
Ocena: 7/10
Próbka:
Porto (audio)
(Paweł D.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz